16.05.2016

Obudziłem się na kacu. Był pfingstenowy poniedziałek 2006 roku. Dziesięć lat temu. Niedokładnie wg kalendarza świeckiego, bo to był 6 czerwca (06.06.06, cóż za data), ale wg liturgicznego już tak. Bo dzisiaj też jest pfingstenowy poniedziałek.

Pojechałem rowerem na Adlershof a potem wróciłem i napisałem pierwszą notkę na tym blogu, zaczynającą się tym samym zdaniem co ta.

Przez pierwsze pięć lat pisałem raz częściej, raz rzadziej, ale w miarę aktywnie. Potem fejsbuk zjadł blogi a ja próbowałem to miejsce reanimować na różne sposoby, za każdym razem bezskutecznie.

Minęło dziesięć lat. Dekada.

Dziesięć lat jak mieszkam w Berlinie.

Dziesięć lat jak mieszkam poza Polską.

Dziesięć lat jak mieszkam w tym samym miejscu, na tej samej ulicy.

W tym czasie trzy razy zmieniłem pracę. Ożeniłem się. Rozstałem. Zaręczyłem. Rozstałem. Mniejszokalibrowych zawirowań nie liczę.

Wciąż nie zrobiłem niemieckiego obywatelstwa ani prawa jazdy.

Za to zapisałem się do polskiej partii. Gdzie zresztą poznałem osobiście kilku czytelników tego bloga (pozdrawiam) oraz mnóstwo innych świetnych ludzi.

Wystartowałem w wyborach do Sejmu RP.

Zajeździłem na śmierć jedną ramę full.

Berlin w tym czasie z miasta biednego lecz sexy stał się mekką startupów. Zbudowano kawał autostrady, kilka wypasionych centrów handlowych i biurowców. Nie zbudowano lotniska i pewnie nigdy się go zbudować nie uda. Za to zamknięto Tempelhof, co otworzyło pole do gentryfikacji mojego kwadratu. Nie żebym ja sam nie gentryfikował.

Mam teraz w zasięgu pięciu kroków najlepszą pizzę, hipsterskie hamburgerownie, ale za to zlikwidowano latarnie gazowe a mój ulubiony szpejti zbankrutował.

Z peceta przesiadłem się na maca, z kolumn Sony na legendarne studyjne monitory, na których Steve Albini miksował Nevermind Nirvany. Kupiłem sobie pianino, by złożyć w nim moje prochy, gramofon za fchuj kasy i kilka setek winylowych płyt (w tym te obowiązkowe, Hendricksa). Mam srebrną łyżeczkę na łańcuszku i jem nią antydepresanty na śniadanie.

Chciałbym gdzieś polecieć, ale nie mam dokąd.

I obawiam się, że nie mam już nic więcej wam do powiedzenia.

Za to sprawiłem sobie kotka. Internet jest dla kotków.


Miło było. Cześć i dzięki za ryby.

01.02.2016

salome

To naprawdę nie jest tak, że ja jestem jakimś zaciekłym przeciwnikiem uwspółcześniania opery i niemieckiej Regietheater. Ale pierwsza połowa Salome w berlińskiej Deutsche Oper wydawała się ucieleśniać moje najgorsze obawy. Były postaci łażące w łachmanach, były sobowtóry bohaterów, tak, że nie wiadomo kto jest kto, kto umarł a kto nie żyje. Byli statyści poruszający się jak manekiny. I były manekiny. I był Jochanan ubierany w garnitur.

A potem, kiedy akcja przeniosła się do pałacu Heroda, wszystko stało się jasne, oczywiste i nabrało sensu. Znaleźliśmy się w gabinecie Massausfertigungen, czyli w zasadzie — salonie przeróbek krawieckich, ale takim z najwyższej półki. Historia Salome okazała się opowieścią o wykorzystywanej seksualnie przez ojczyma dziewczynie. Tej, która w finale złamie mieszczańską, "garniturową" normalność robiąc coś, co oni wszyscy robią na codzień, ukryci i bezpieczni w swoich cywilizowanych formach, ubraniach i rytuałach.

Absolutnie wstrząsający był Taniec siedmiu zasłon, nie mająca w sobie nic z erotyki pantomima z życia rodziny pozornie układnej, a składającej się z gardzących sobą i krzywdzących się nawzajem osób. Pantomima, w której samą Salome symbolizowało sześć dziewczynek (plus ona sama) w różnym wieku obracanych (dosłownie) przez ubranych na czarno demiurgów rodem z japońskiego teatru Bunraku, oraz równie obracanych przez mieszczańskie konwencje (ale nie tylko przecież…) rodziców.

W modernistycznym do bólu wnętrzu Deutsche Oper, w mieszczańskim do wyrzygania Charlottenburgu zagrało to doskonale. Czy kopnęło? — Sądząc ze srogiego buczenia, jakie rozległo się po finalnych akordach — chyba tak.




O tym, że orkiestra znakomicie dała radę a w kreacji samej Salome nie przeszkodziło nawet to, że wykonująca tę rolę Caterine Naglestad jedynie śpiewała z boku sceny (jej rolę wykonywała na scenie choreografka Sommer Ulrickson), ponieważ na premierze doznała kontuzji (widocznie Jehowa ją pokarał, córę Sodomy, nierządnicę babilońską…), nawet nie wspominam.

W ciągu tego jednego przedstawienia przebyłem drogę od absolutnego zniesmaczenia do zachwytu, i myślę o nim do dziś. To chyba znaczy, że było dobre, choć totalnie różne od tego, czego oczekiwałem. A może właśnie dlatego.