24.01.2015

Mark Sołonin — Pranie mózgu. Fałszywa historia wielkiej wojny

*

Książka bez sensownej myśli albo tezy przewodniej. To po prostu zbiór tekstów, w których Sołonin z pro-suworowowskich pozycji debunkuje książki i artykuły różnych rosyjskich kolegów po fachu dotyczące drugiej wojny światowej. Momentami bywa to zabawne, bo daje możliwość głębszego zajrzenia w rosyjską "otchłań" — na przykład opisywana teoria Osokina jakoby rozwinięcie Armii Czerwonej w terenach przygranicznych tuż przed startem Barbarossy miało być… efektem tajnego porozumienia Hitlera ze Stalinem na mocy którego krasnoarmiejcy mieli być przewiezieni przez Europę w celu dokonania inwazji na Wielką Brytanię — no przyznam, to robi wrażenie nawet na takim koneserze teorii spiskowych jak ja. Niewątpliwy szacunek polskiego czytelnika musi też wzbudzić obszerny rozdział poświęcony współczesnym propagandowym kłamstwom w sprawie represji w stosunku do Polaków. Jest tu o operacji polskiej NKWD i o próbach wynajdywania przez prokremlowskich propagandystów "anty-Katynia", sporo też o współczesnych, wciąż żywych w Rosji tradycjach obarczania za tą zbrodnię Niemców.

Nie zmienia to jednak faktu, że książka jest w przeważającej części nudną żonglerką liczbami, przypieprzaniem się do stylu a nawet literówek, szczegół za szczegół, wet za wet. Typowe internetowe #rapiery, jakie można przeczytać na każdym co większym forum historyczno-militarnym. Da się to czytać wyłącznie, jeśli ktoś lubuje się w tego typu lekturach.

30.12.2014

Szczepan Twardoch — Drach

* * * * *
Zacznijmy może od tego, czym Drach nie jest. Nie jest na pewno śląską epopeją i raczej zawiodą się ci, którzy czegoś takiego będą oczekiwać. W tej powieści Śląsk jest tłem, tłem konkretnym, wyrazistym, ale nie wchodzącym w rolę głównego tematu. I bardzo dobrze. Na początku deklaracje autora, że to jest o historii, która mogłaby się wydarzyć gdziekolwiek indziej i gdziekolwiek indziej się wydarzała, ale on wybrał akurat tę, bo akurat stamtąd jest, traktowałem jako podpuchę albo krygowanie się. Ale nie. To prawda. Przekonała mnie o tym jedna ze scen, która mogłaby się wydarzyć na podwórku mojego dziadka, a może nawet się wydarzyła, w zupełnie innym miejscu, w tym samym czasie, tylko trochę później. Wtedy działy się takie historie.

Jest Drach fenomenalnie napisaną sagą rodzinną z historią w tle (w dodatku historią opowiedzianą z innego niż polsko-podręcznikowy punkt widzenia). Z hipnotyczną narracją, prowadzoną z perspektywy wszechwiedzącego, pozaczasowego chtonicznego bóstwa, personifikacji ziemi samej (ale nie śląskiej ziemi, tylko w ogóle). Ciągłe przeskoki czasowe, repetycje, zderzanie ze sobą zdarzeń odległych w czasie ale nie przestrzeni (albo na odwrót) — to wszystko wymaga skupienia czytelnika z jednej strony, ale z drugiej nadaje tej historii, niebędącej przecież thrillerem, dynamizmu. Ale też zamienia monolog Dracha w rodzaj uniwersalnej przypowieści o ludzkim losie. Co samo w sobie jest już środkiem dosyć kozackim, bo stawiającym pisarza w roli mówiącego jak jest.

Twardoch do takiej formy wypowiedzi ma słabość już od jakiegoś czasu. Pozaczasowego narratora mieliśmy już w Wiecznym Grunwaldzie, chwilami odzywał(a) się w Morfinie. Jednak dopiero w Drachu doprowadził tą metodę do ściany, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Bo sięgając po tak mocny środek wyrazu, równocześnie bierze większą odpowiedzialność za słowa narratora. A Drach kłamie.

W co najmniej kilku recenzjach spotkałem się ze stwierdzeniem, że powieść przedstawia dzieje śląskiego rodu rozpięte w latach 1910-2014. Tak, rozpięte. To prawie prawda. W rzeczywistości jednak rdzeń akcji rozgrywa się w latach 1910-1945. Do tego mamy współczesną klamrę rozgrywającą się w 2014. Pomijając kilka pobocznych epizodów sięgających wojen husyckich, czy lat 90-tych XX wieku (w gruncie rzeczy budujących jedynie tło do wątku współczesnego) oraz bodajże dwóch dziejących się zaraz po wojnie, pomiędzy 1945 a latami dziesiątymi naszego wieku w kronikach Dracha zieje czarna dziura. Te czasy są wzmiankowane jedynie z konieczności, dla zapełnienia luk genealogicznych, takie tam gdy Mahalaleel miał sześćdziesiąt pięć lat, urodził mu się syn Jered. A po urodzeniu się Jereda żył osiemset trzydzieści lat i miał synów i córki. Gdy Mahalaleel miał ogółem osiemset dziewięćdziesiąt pięć lat, umarł. Nawet bohaterowie, którzy obie te perspektywy spinają, nie mają z tego okresu żadnych wspomnień. Żadne istotne wydarzenia się w tym czasie w ich życiu nie wydarzyły. Wszystko, do czego się odwołują, co ich ukształtowało, wydarzyło się najpóźniej w trakcie wojny albo zaraz po.

To wszystko nie ma żadnego znaczenia, komentuje co chwila losy bohaterów wszechwidzący i wszechwiedny Drach, ale właśnie wtedy kłamie. Bo jeśli to nie ma żadnego znaczenia, to dlaczego o jednych zdarzeniach nam (Twardochowi) opowiada, a o innych nie? Dlaczego robi taką przerwę w narracji?

Bo to nie jest przerwa. Tam nie ma ciągłości. Wątek Nikodema jest kontrapunktem, a nie kontynuacją historii Josefa. I właśnie wymowa tego kontrapunktu jest dla mnie małym zgrzytem. Obie opowieści są w wielu punktach paralelne — obaj bohaterowie są słabi, obaj popełniają błędy, obaj tracą rodziny. Jednak są opisywani w kompletnie odmienny sposób. Miłosna przygoda Josefa jest przedstawiona w sposób niemalże poetycki, romans Nikodema to po prostu ordynarne ruchanie. W jednym przypadku mamy do czynienia z sentymentalną patyną, w drugim z opisem spod którego jawnie wyziera nuta pogardy. Josef jest bohaterem tragicznym, naznaczonym przez Historię, współczujemy mu. Nikodem to dupek, który wszystko w życiu ma podane na tacy a jednak i tak spierdoli wszystko co ma. Ja czuję w tym tęsknotę za Historią w roli demiurga, która może niekoniecznie czyni z ludzi herosów, ale przynajmniej kształtuje ich, zmusza do deklaracji, do mówienia tak albo nie, do obierania stron, do jak kochania to na zabój, tęsknotę za wojną (ewentualnie inną rozpierduchą) jako stanem wyższej konieczności w którym dokonuje się rafinacja charakterów, podział na szuje, bohaterów, tchórzy. Wtedy działy się takie historie — pisał Marcin Świetlicki — teraz już nie. Wtedy istnieli mężczyźni i kobiety. Teraz nie wiadomo co istnieje. U Twardocha w momencie, kiedy Ślązaków przestają mleć żarna Historii, również osobiste historie przestają się dziać, albo zamieniają się w żałosną telenowelę na serio.

Nieładnie mi pachną takie sentymenty, wyczuwam woń tęsknoty za musztrą i nutę iperytu.

Ale mimo tych zastrzeżeń, to jednak dobra powieść, w moje upodobania trafiająca dodatkowo wyeksponowaniem znaczenia Wielkiej Wojny, nieobecnej praktycznie w historii osobistej Polaków, a będącej pokoleniowym doświadczeniem na Śląsku. Do podnoszonego w wielu recenzjach efektu obcości językowej związanego z użyciem śląskiej godki i niemieckiego się nie ustosunkuję, bo ani jedno ani drugie nijakiej obcości u mnie nie wywołuje.

Definitywnie, z książek mijającego roku Drach jest w absolutnej czołówce listy must read. Warto go przeczytać, choćby po to, żeby na przykład wyczytać w nim coś kompletnie innego niż wyczytałem ja. A da się na pewno.

25.12.2014

Beata Chomątowska — Lachert i Szanajca. Architekci awangardy

*
Ciekawe postacie, ale strasznie słaba biografia. Autorka, zamiast skupić się na faktach (czyżby było ich za mało? może wobec tego trzeba było napisać książkę o całej grupie Praesens?), często bawi się w jakieś pseudopsychoanalityczne dociekania ich pobudek i dywagacje nad charakterem swoich bohaterów. Jest to szczególnie irytujące, kiedy napisane w ten sposób rozdziały poświęca postaciom drugoplanowym (żonom, kolegom), czasami pisząc je wręcz tak, że do połowy rozdziału nie wiadomo o kim w zasadzie jest teraz mowa. Do tego absolutnie żenujące próby rekonstruowania (czytaj: wymyślania) możliwych dialogów czy konkretnych sytuacji z ich życia, które wyszły po prostu nieudolnie i sztucznie.

Całość sprawia wrażenie książki napisanej "na żywioł", bez precyzyjnego planu i konstrukcji (i odrobiny autokrytycyzmu, który umożliwiłby wycięcie sporej ilości zupełnie zbędnych a rozmywających meritum pobocznych szczegółów), za to przez autorkę z przerostem literackich ambicji nad umiejętnościami.

Zdecydowanie, Lachert i Szanajca zasługują na lepszego biografa.

Generalnie trochę selberschuld, bo w recenzjach ostrzegali, ale i tak się skusiłem.

23.12.2014

kill the zebras!

Jak donoszą fejsbukonauci, w Olsztynie policjanci drogówki wystąpili z wnioskiem, aby zlikwidować przejścia dla pieszych z wyjątkiem tych z sygnalizacją świetlną. Podniósł się oczywiście wielki hurrdurr, że to kolejny pomysł na eksterminację pieszych w ofierze św. Przepustowości.

Tymczasem, wbrew pozorom, jest to krok w kompletnie przeciwnym kierunku.

Skąd to wiem? Otóż od dziewięciu lat mieszkam w mieście, w którym został on już dawno temu zrealizowany.

Tak. W Berlinie nie ma "zebr" (nie dam głowy, że nie istnieją jakieś wyjątki, chyba nawet z raz taki spotkałem, ale to był jednak wyjątek, skoro zwróciłem uwagę). Są przejścia z sygnalizacją świetlną, ale takich zwykłych po prostu nie ma. To jest teren zabudowany, to jest miasto. Pieszy może pojawić się na ulicy wszędzie (podejrzewam, że jest jakiś przepis zakazujący przechodzenia w odległości x metrów od najbliższych świateł). I kierowca ma się wszędzie tego pieszego spodziewać! Ma jeździć ostrożnie, bo jest w mieście a nie na autostradzie.

Oczywiście, przy samych skrzyżowaniach i w wielu innych punktach są miejsca z obniżonym krawężnikiem ułatwiające przechodzenie przez ulicę. Ale to są tylko udogodnienia dla pieszych, nie znaki dla kierowców. One nie są nijak oznaczone znakami poziomymi ani pionowymi. A trudno przecież oczekiwać, by kierowca jadąc obserwował krawężnik (zwłaszcza, że boczny pas bywa zastawiony parkującymi samochodami). I nikt tego nie oczekuje. On po prostu ma jechać ostrożnie i tyle. A jeżeli jakaś ulica jest naprawdę niebezpieczna albo trudna do przejścia, to stawia się tam sygnalizację świetlną.

Takie rozwiązanie nie jest zamachem na pieszych, dokładnie przeciwnie. Wymusza na kierowcach świadomość, że znajdują się na terenie współdzielonym z innymi, słabszymi użytkownikami drogi. Zabiera im te wszystkie żałosne wymówki typu "przecież tam nie było pasów" albo "staruszka o kulach znienacka wtargnęła mi na drogę".

Jedyną zauważoną przeze mnie wadą tej zasady jest problem z zaparkowanymi samochodami. Na pasach parkować nie można. Kiedy pasów nie ma, to zaparkowane samochody stoją czasami aż do samej krawędzi skrzyżowania. Kilka razy musiałem się nieźle nagimnastykować, żeby się pomiędzy nimi przecisnąć prowadząc z tych czy innych powodów rower, a z wózkiem dziecięcym albo w ogóle na wózku, to może być spory problem. Aczkolwiek podejrzewam, że to można jakoś rozsądnie załatwić przepisami (np. zakazując parkowania w pewnej odległości od skrzyżowania i w miejscach z celowo obniżonym krawężnikiem — one w ogóle są jeszcze zaznaczane karbowanymi kafelkami dla niewidomych, przy parkowaniu nie da się tego nie zauważyć).

Likwidacja zebr nie jest krokiem przeciwko pieszym. Jest czytelnym sygnałem, że miasto jest właśnie dla ludzi, a nie dla samochodów.

Skrzyżowanie w ciągu Ku-Dammu, jednej z głównych ulic miasta — bez ani jednej zebry. Wyraźnie widoczne przejścia dla pieszych bez znaków poziomych

05.12.2014

r.i.p. Wawel

W kraju kolejowym hajlajtem sezonu jest premiera Pendolino. Tymczasem w jej cieniu nadchodzi niemniej historyczne, ale o wiele smutniejsze kolejowe wydarzenie.

Niemal dokładnie za tydzień w swój ostatni kurs wyruszy IC Wawel relacji Berlin-Wrocław (niegdyś Berlin-Kraków). Dziesięć lat po wejściu Polski do Unii Europejskiej i na dwa lata przed pełnieniem funkcji Europejskiej Stolicy Kultury stolica Śląska odcina się od najbliższej (historycznie i kulturowo) wielkiej metropolii.

A jeszcze niedawno wydawało się, że będzie dokładnie odwrotnie. Po oddaniu wielkiego portu lotniczego Berlin-Brandenburg International Deutsche Bahn miała pociągami dowozić na nie pasażerów także ze Szczecina, Poznania i Wrocławia. Jak wyszło z lotniskiem — niestety wiadomo.

Winy są po obu stronach. Dla DB kierunek wschodni jest, był i będzie peryferialny i nigdy tego nie ukrywali. PKP ze swojej strony zrobiła wiele, łącznie z remontem linii kolejowych a nawet zaproponowaniem Niemcom pożyczki (sic!) na wyremontowanie torów i położenie trakcji elektrycznej po ich stronie Odry. Ale nie dopilnowała do końca. Bo to jednak dla Dolnego Śląska to połączenie było ważniejsze niż dla Berlina. To PKP powinno stanąć na rzęsach, aby ten pociąg nie został zlikwidowany. Skrócenie trasy do Wrocławia w sumie miało sens — choć bywam w Krakowie, to jednak od 2010 wybieram samolot. Lotów z Berlina do Wrocławia raczej nigdy nie będzie, to za krótka trasa. Autobusy są niewygodne, niebezpieczne, mało pojemne i wolne (czas zyskany na większej prędkości na autostradzie — walor i tak do pominięcia po zmodernizowaniu linii — autobus traci przez godzinę przebijając się z obrzeży Berlina do jego centrum, o tym ile czasami jedzie się z Bielan do centrum Wro, szkoda pisać). Regularne połączenie kolejowe to coś więcej niż tylko środek transportu określonej ilości ludzi z punktu A do punktu B, to symboliczna pępowina, którą w obie strony podróżują ludzie i idee.

Studiowałem i mieszkałem we Wrocławiu. Nawet jeśli do Berlina przyjechałem z Krakowa, to jednak z symbolicznym przystankiem we Wro. Stamtąd pochodzi też moja ex-małżonka. Tam mam najwięcej znajomych i przyjaciół. Tam (na Dolny Śląsk i w Góry Stołowe) jeździliśmy spędzać wakacje. A i z moich berlińskich polskich znajomych większość ma coś wspólnego z tym miastem. Bez odrobiny przesady mogę powiedzieć, że prawie dekada mojej bytności tu upłynęła mniej lub bardziej w cieniu tej linii kolejowej i tego pociągu.

Kończy się epoka. I to w chwili, kiedy wydawało się, że autostradocentryczny rząd PO wreszcie zaczyna dostrzegać ważność także transportu szynowego. I to jeszcze w momencie, kiedy zapowiada się, że znów będę częściej bywał we Wrocławiu, zaniedbywanym ostatnio na rzecz Poznania…

PS Tu można podpisać petycję przeciwko likwidacji połączenia, a tu poprzeć protest na Facebooku.

PS2 Dość symboliczne jest zamknięcie tego połączenia praktycznie dokładnie w momencie, kiedy Wrocław za sprawą Pendolino zyskuje lepsze połączenie z Warszawą. Być może to jest właśnie moment definitywnego przyłączenia Breslau do Polski.

21.11.2014

Włodzimierz Borodziej, Marciej Górny — Nasza Wojna

* * * * *

Wielka Wojna w polskiej pamięci zbiorowej praktycznie nie istnieje. Wiemy, że była, że Legiony i niepodległość. I może jeszcze, że Verdun, gaz i okopy. I C.K. Dezerterzy. Ale niewiele ponadto. Tymczasem przecież drugi ważny front tej wojny przetoczył się przez ziemie polskie, przez niektóre ich zakątki nawet kilkukrotnie. Przecież w tej wojnie za Cara i obu Kajzerów walczyli nasi pradziadowie. Albo przynajmniej doświadczali jej skutków. Nie było tu wojny pozycyjnej i gnicia w okopach na taką skalę jak na zachodzie, ale był i gaz i okupacje i wielkie bitwy oraz liczone w setkach tysięcy ofiary.

Borodziej i Górny przywracają tę wojnę — naszą(!) wojnę — pamięci. Ze swadą (mnóstwo wzbogacających obraz epoki ciekawostek, narracja momentami wręcz gawędziarska) piszą nie tylko o zmaganiach zbrojnych, ale i sytuacji na zapleczu frontu, gospodarczych, społecznych i kulturowych skutkach tej europejskiej katastrofy właśnie tu, na naszych ziemiach i w naszych miastach, w Mitteleuropie. Zaczynają — bardzo słusznie — nie od roku 1914, ale od 1912 i dwóch wojen bałkańskich, perspektywą obejmując cały front wschodni od Turcji, przez Bałkany aż po państwa nadbałtyckie. W tym pierwszym tomie bardzo starają się oddać nastrój chwili, unikając perspektywy teleologiczej, patrzenia przez pryzmat ładu powojennego (wówczas jeszcze kompletnie niewyobrażalnego) i następnej wojny światowej, choć nie powstrzymują się (i słusznie) przed pokusą skomentowania i wyprowadzenia pewnych zależności pomiędzy niemieckim doświadczeniem na froncie wschodnim w latach 14-18 a tym co działo się 25 lat później.

Od samego początku pracy nad tą książką jedno było dla nas jasne: nie chcemy wydłużać bibliotecznych półek; Nasza wojna ma „się czytać” — piszą w posłowiu. I czyta się, i to jak!

Z niecierpliwością czekam na drugi tom.

19.11.2014

upiór w operze


Ten post byłby anonsem wstawienia nowego linka do blogrolki, gdyby nie to, że jakiś czas temu, na fali chwilowego obumierania tego bloga, blogrolkę wziąłem i skasowałem. Więc nie będzie linka tam, ale będzie reklama. Najszczersza, jaka może być, bo autorka jest osobą, z którą dzielę wiele muzycznych upodobań, kilkanaście świetnych koncertów i trudne do policzenia nieprzespane noce spędzone przy winie i świetnych nagraniach.

Zapewne znacie ją z Ruchu Muzycznego, radiowej Dwójki i paru innych miejsc. A jeśli nie znacie, to macie szansę to fatalne niedopatrzenie nadrobić. Pisze i mówi to co myśli, bezkompromisowo, często wbrew aktualnym modom i koniunkturom. Za to ze szczerością podpartą kompetencją, której ja sam jej szczerze zazdroszczę. Rozmijamy się w opiniach rzadko i te momenty niech zostaną między nami, ale kiedy znów się spotykamy, to zaprawdę powiadam wam, jest moc!

Więc z osobistej sympatii, zawodowego podziwu, a trochę też w ramach rekompensaty, że sam pisanie o muzyce w duże mierze zarzuciłem…

Panie i Panowie — przedstawiam wam bloga Doroty Kozińskiej: Upiór w operze.

Kibicuję temu projektowi od początku i opiekuję się jego stroną techniczną, ale odczekałem z reklamą aż będzie już co poczytać. No i już jest… Zapraszam więc do lektury, komentowania, a sam też trzymam kciuki za dalsze teksty, pozytywny ferment i kompetentne pisanie o dobrej muzyce.

Powodzenia, Dorota!

09.11.2014

Karol Modzelewski — Barbarzyńska Europa

* * * * *
Książka absolutnie rewelacyjna, choć trudna w lekturze nawet dla kogoś, kto tak jak ja interesuje się co nieco historią. Bo "Barbarzyńska Europa" nie jest ani podręcznikiem ani nawet książką popularyzatorską (wbrew, zresztą, twierdzeniom samego autora). To jest pozycja naukowa sensu stricto. Modzelewski syntetyzuje, zestawia żródła, porównuje je, wysnuwa na ich podstawach teorie i je argumentuje, równoczesnie dyskutując z teoriami swoich kolegów po fachu. I to do nich właściwie się zwraca, dlatego próżno tu szukać wyjaśnień fachowych pojęć czy metodologii. Podchodząc do lektury z pozycji laika trzeba się liczyć z koniecznością pokonania tego wysokiego "kosztu wejścia" na własną rękę a nie raz mimo starań i tak przyjdzie się od pewnych zagadnień odbić. Ale warto nie dać się zniechęcić, zwłaszcza, że lektura robi się ciekawsza z rozdziału na rozdział (może to także efekt stopniowego wchodzenia w temat).

Nie było łatwo. Ciężko jest to czytać porcjami większymi niż po kilka stron na raz — zbyt wielka kondensacja meritum. Potrzebowałem ponad roku, ale było warto. W kategorii "poszerzanie wiedzy" jest to z pewnością najlepsza przeczytana przeze mnie książka od kilku lat.

12.10.2014

#‎takasytuacja‬

Sobota, coś koło południa. Sąsiadka zaczyna grać na pianinie BWV 147. Nie w smak ci, bo miałeś ciężką noc i słyszysz tupot białych mew. Ale nie umiesz być na nią zły, bo sam ćwiczyłeś latami w bloku i wiesz jak to jest. Generalnie zen. Nie złośćmy się na muzyków, i tak mają pod górę.

Wychodzisz więc na balkon zaczerpnąć świeżego powietrza i… zaczynasz jej do tego gwizdać cantus firmus. Sąsiadka się peszy i przestaje grać.

Berlin:-)

23.09.2014

Bartosz T. Wieliński — Żli Niemcy

* *

Kolejna książka w manierze "sprzedajmy to samo jeszcze raz". Bowiem cała jej treść to niezmienione ani na jotę, zebrane reportaże, które ukazały się w "Ale Historia" — dodatku Gazety Wyborczej, której Wieliński jest specjalistą od spraw niemieckich. Uważny czytelnik GW nie znajdzie tu nic nowego.

Jak sugeruje sam tytuł, przekorna trawestacja popkulturowego toposu "dobrego Niemca", autor odmalowuje portrety Niemców z ciemnej strony mocy. Ale nie zbrodniarzy z pierwszych stron gazet. Raczej postaci drugoplanowych, nie (albo nie wprost) kojarzących się z wojną i ludobójstwem. Mamy tu naukowców, którzy zbłądzili, przestępców wojennych, którzy po wojnie uchodzili za wzorowych obywateli, ludzi żyjących w szarej strefie, gdzieś w zawieszeniu pomiędzy prawem, moralnoścą a brutalną polityką, wojną, terroryzmem i grą wywiadów. I którzy w większości uniknęli osądzenia albo skazania.

Reportaże poprawne warsztatowo, ale jednak bez polotu. W większości przypadków brak im jakiejś wyraźnej, błyskotliwej pointy. Dobre jako część coponiedziałkowej prasówki, ale zebrane w książce wypadają raczej blado. Oczywiście na moją opinię wpływa fakt, że co do jednego czytałem je już w gazecie, ale dobra literatura (nawet faktu) powinna jednak wytrzymywać próbę drugiego podejścia.