21.11.2014

Włodzimierz Borodziej, Marciej Górny — Nasza Wojna

* * * * *

Wielka Wojna w polskiej pamięci zbiorowej praktycznie nie istnieje. Wiemy, że była, że Legiony i niepodległość. I może jeszcze, że Verdun, gaz i okopy. I C.K. Dezerterzy. Ale niewiele ponadto. Tymczasem przecież drugi ważny front tej wojny przetoczył się przez ziemie polskie, przez niektóre ich zakątki nawet kilkukrotnie. Przecież w tej wojnie za Cara i obu Kajzerów walczyli nasi pradziadowie. Albo przynajmniej doświadczali jej skutków. Nie było tu wojny pozycyjnej i gnicia w okopach na taką skalę jak na zachodzie, ale był i gaz i okupacje i wielkie bitwy oraz liczone w setkach tysięcy ofiary.

Borodziej i Górny przywracają tę wojnę — naszą(!) wojnę — pamięci. Ze swadą (mnóstwo wzbogacających obraz epoki ciekawostek, narracja momentami wręcz gawędziarska) piszą nie tylko o zmaganiach zbrojnych, ale i sytuacji na zapleczu frontu, gospodarczych, społecznych i kulturowych skutkach tej europejskiej katastrofy właśnie tu, na naszych ziemiach i w naszych miastach, w Mitteleuropie. Zaczynają — bardzo słusznie — nie od roku 1914, ale od 1912 i dwóch wojen bałkańskich, perspektywą obejmując cały front wschodni od Turcji, przez Bałkany aż po państwa nadbałtyckie. W tym pierwszym tomie bardzo starają się oddać nastrój chwili, unikając perspektywy teleologiczej, patrzenia przez pryzmat ładu powojennego (wówczas jeszcze kompletnie niewyobrażalnego) i następnej wojny światowej, choć nie powstrzymują się (i słusznie) przed pokusą skomentowania i wyprowadzenia pewnych zależności pomiędzy niemieckim doświadczeniem na froncie wschodnim w latach 14-18 a tym co działo się 25 lat później.

Od samego początku pracy nad tą książką jedno było dla nas jasne: nie chcemy wydłużać bibliotecznych półek; Nasza wojna ma „się czytać” — piszą w posłowiu. I czyta się, i to jak!

Z niecierpliwością czekam na drugi tom.

19.11.2014

upiór w operze


Ten post byłby anonsem wstawienia nowego linka do blogrolki, gdyby nie to, że jakiś czas temu, na fali chwilowego obumierania tego bloga, blogrolkę wziąłem i skasowałem. Więc nie będzie linka tam, ale będzie reklama. Najszczersza, jaka może być, bo autorka jest osobą, z którą dzielę wiele muzycznych upodobań, kilkanaście świetnych koncertów i trudne do policzenia nieprzespane noce spędzone przy winie i świetnych nagraniach.

Zapewne znacie ją z Ruchu Muzycznego, radiowej Dwójki i paru innych miejsc. A jeśli nie znacie, to macie szansę to fatalne niedopatrzenie nadrobić. Pisze i mówi to co myśli, bezkompromisowo, często wbrew aktualnym modom i koniunkturom. Za to ze szczerością podpartą kompetencją, której ja sam jej szczerze zazdroszczę. Rozmijamy się w opiniach rzadko i te momenty niech zostaną między nami, ale kiedy znów się spotykamy, to zaprawdę powiadam wam, jest moc!

Więc z osobistej sympatii, zawodowego podziwu, a trochę też w ramach rekompensaty, że sam pisanie o muzyce w duże mierze zarzuciłem…

Panie i Panowie — przedstawiam wam bloga Doroty Kozińskiej: Upiór w operze.

Kibicuję temu projektowi od początku i opiekuję się jego stroną techniczną, ale odczekałem z reklamą aż będzie już co poczytać. No i już jest… Zapraszam więc do lektury, komentowania, a sam też trzymam kciuki za dalsze teksty, pozytywny ferment i kompetentne pisanie o dobrej muzyce.

Powodzenia, Dorota!

09.11.2014

Karol Modzelewski — Barbarzyńska Europa

* * * * *
Książka absolutnie rewelacyjna, choć trudna w lekturze nawet dla kogoś, kto tak jak ja interesuje się co nieco historią. Bo "Barbarzyńska Europa" nie jest ani podręcznikiem ani nawet książką popularyzatorską (wbrew, zresztą, twierdzeniom samego autora). To jest pozycja naukowa sensu stricto. Modzelewski syntetyzuje, zestawia żródła, porównuje je, wysnuwa na ich podstawach teorie i je argumentuje, równoczesnie dyskutując z teoriami swoich kolegów po fachu. I to do nich właściwie się zwraca, dlatego próżno tu szukać wyjaśnień fachowych pojęć czy metodologii. Podchodząc do lektury z pozycji laika trzeba się liczyć z koniecznością pokonania tego wysokiego "kosztu wejścia" na własną rękę a nie raz mimo starań i tak przyjdzie się od pewnych zagadnień odbić. Ale warto nie dać się zniechęcić, zwłaszcza, że lektura robi się ciekawsza z rozdziału na rozdział (może to także efekt stopniowego wchodzenia w temat).

Nie było łatwo. Ciężko jest to czytać porcjami większymi niż po kilka stron na raz — zbyt wielka kondensacja meritum. Potrzebowałem ponad roku, ale było warto. W kategorii "poszerzanie wiedzy" jest to z pewnością najlepsza przeczytana przeze mnie książka od kilku lat.

12.10.2014

#‎takasytuacja‬

Sobota, coś koło południa. Sąsiadka zaczyna grać na pianinie BWV 147. Nie w smak ci, bo miałeś ciężką noc i słyszysz tupot białych mew. Ale nie umiesz być na nią zły, bo sam ćwiczyłeś latami w bloku i wiesz jak to jest. Generalnie zen. Nie złośćmy się na muzyków, i tak mają pod górę.

Wychodzisz więc na balkon zaczerpnąć świeżego powietrza i… zaczynasz jej do tego gwizdać cantus firmus. Sąsiadka się peszy i przestaje grać.

Berlin:-)

23.09.2014

Bartosz T. Wieliński — Żli Niemcy

* *

Kolejna książka w manierze "sprzedajmy to samo jeszcze raz". Bowiem cała jej treść to niezmienione ani na jotę, zebrane reportaże, które ukazały się w "Ale Historia" — dodatku Gazety Wyborczej, której Wieliński jest specjalistą od spraw niemieckich. Uważny czytelnik GW nie znajdzie tu nic nowego.

Jak sugeruje sam tytuł, przekorna trawestacja popkulturowego toposu "dobrego Niemca", autor odmalowuje portrety Niemców z ciemnej strony mocy. Ale nie zbrodniarzy z pierwszych stron gazet. Raczej postaci drugoplanowych, nie (albo nie wprost) kojarzących się z wojną i ludobójstwem. Mamy tu naukowców, którzy zbłądzili, przestępców wojennych, którzy po wojnie uchodzili za wzorowych obywateli, ludzi żyjących w szarej strefie, gdzieś w zawieszeniu pomiędzy prawem, moralnoścą a brutalną polityką, wojną, terroryzmem i grą wywiadów. I którzy w większości uniknęli osądzenia albo skazania.

Reportaże poprawne warsztatowo, ale jednak bez polotu. W większości przypadków brak im jakiejś wyraźnej, błyskotliwej pointy. Dobre jako część coponiedziałkowej prasówki, ale zebrane w książce wypadają raczej blado. Oczywiście na moją opinię wpływa fakt, że co do jednego czytałem je już w gazecie, ale dobra literatura (nawet faktu) powinna jednak wytrzymywać próbę drugiego podejścia.

14.09.2014

Ziemowit Szczerek - Był sobie Polak, Rusek i Niemiec, czyli historie z Europy B

* * * * *

Sam miód. 100% Szczerka w Szczerku. Pyszne anegdoty, soczysty język, fraza zamaszysta. Boki zrywać można i normalnie chce się akapitem za akapitem z ziomami dzielić na fejsie. Czyta się chyba nawet lepiej niż "Mordor". Po części dlatego, że to zbiór felietonów raczej nie pisanych jako jedna spójna książka, tylko tak sobie — to tu, to tam. Przez to jest różnorodniej, barwniej a pointy jeżą się jeszcze gęściej (choć trudno to sobie wyobrazić).

Tyle, że jak wspomniałem — nie jest jest to materiał premierowy (wbrew temu, co piszą w zajawce BookRage) a zbiór felietonów już wcześniej publikowanych, w znakomitej większości dostępnych zresztą za free w sieci. Z 27 rozdziałów raptem trzech, może czterech nie czytałem wcześniej (hmmm… chyba jestem psychofanem…). Ale i tak warto było sobie przypomnieć, no i mieć je cuzamen do kupy w jednym ebooku.

Allex Bellos - Futebol. Brazylijski styl życia

* * * *

Pozycja obowiązkowa dla każdego fana piłki kopanej, który chce się dowiedzieć czegokolwiek o kraju, o którym wiemy z reguły tyle, że na każdym mundialu ma pozycję domyślnego faworyta. Ale skąd to się bierze?

Nie nieee, ta książka bynajmniej nie odpowiada na to pytanie. Po jej przeczytaniu raczej ma się ochotę zapytać: Ale jak to możliwe?

Bellos w dość przyzwoitym reportażowym stylu prowadzi tematycznie przez różne aspekty brazylijskiej piłki — handel piłkarzami, uwarunkowania historyczno-socjologiczne, związki z religią i polityką, kultura kibolska, meandry lokalnego systemu ligowego czy egzotycznych lokalnych form futbolu i rozgrywek. I o ile przed przeczytaniem tej książki o brazylijskim futbolu nie wiedziałem w zasadzie nic i wydawał mi się przez to egzotyczny, o tyle po jej przeczytaniu… wydaje mi się już kompletnie nie do pojęcia.

Łukasz Najder - Transmisje

* * *

Na dłuższą metę maniera Najdera trochę mnie męczy pretensjonalnością, tym bardziej paradoksalnie lektura zebranych cuzamen do kupy i wyselekcjonowanych najlepszych notek weszła mi bardziej, niż codzienne wpisy na FB, które często pomijam. W ogóle mam wrażenie, że taka skondensowana i namacalna (ebook to ebook, nie wyłączy go Cukieras ani utrata zasięgu netu) forma robi im lepiej niż przemijalność walla na fejsie. Styl Łukasza zdecydowanie bardziej nadaje się do książkowego, a nie netowego (a już zwłaszcza fejsbukowego) tempa lektury.

Bardzo dobrze wchodzi w podróży

13.09.2014

Pink Pipes

W wielu turystycznych relacjach z Berlina spotykam zdziwienie różowymi rurami przebiegającymi na wspornikach przez centrum miasta. I z różnymi ich interpretacjami, czasami tak zabawnymi jak np. instalacja artystyczna. Czas wyjaśnić tą tajemnicę.

Zacznijmy od tego, że Berlin leży w zasadzie na pojezierzu. Może nie aż tak efektownym, jak Mazury, ale jednak sporą część miasta zajmują rozmaite cieki wodne i jeziora. Wody jest wkoło w bród. Z tego wynikają dwa podstawowe problemy.

Pierwszy z nich jest pewnie doskonale znany większości turystów — jest to berliński grzyb. W tym mieście grzyb wychodzi wszędzie, gdzie jest choć trochę mniej przewiewnie niż na czubku Fernsehturm. Nawet w czystych mieszczańskich domach możecie się natknąć na zalążki grzyba pod prysznicem, nie wspominając o hotelach czy np. toaletach na lotniskach. Śmiem wręcz twierdzić, że prawdziwym berlinerem jest ten, kto już po prostu się z tym faktem pogodził i owszem — grzyba zwalcza dla zasady, ale wie, że jest to syzyfowa robota.

Drugi, mniej oczywisty, to to, że praktycznie wszędzie, jeśli wykopiesz w ziemi dołek głębszy niż fundament pod przystankową wiatę, na dnie będzie się zbierać woda. Po prostu wody gruntowe są tu wyjątkowo płytko. A ponieważ buduje się wciąż sporo, w tym takie rzeczy jak nowa linia U-Bahnu w samym centrum miasta, to tę wodę trzeba wypompowywać. I do tego własnie służą te intrygujące różowe rury.

Na zdjęciach poniżej — niezwykle gustowna różowa instalacja odprowadzająca wodę z okolicznej budowy do sadzawek ogrodowych poczdamskiego pałacu Sanssouci.




12.09.2014

Reaktywacja

Jeżeli są tu jeszcze jacyś starzy czytelnicy mający ten blog w RSS, to zapewne zauważyli, że znów zaczęły się pojawiać wpisy. I będą.

Jakiś czas temu to miejsce, tak jak wiele podobnych, uległo kanibalizacji przez fejsbuka. To dość ogólna tendencja. Jednak ostatnio kilka różnych czynników skłoniło mnie do odwrotu od tej tendencji.

Owszem, wiele rzeczy które mam ochotę napisać, nadaje się tylko do publikacji w gronie znajomych i do tego FB przez pewien czas służył bardzo dobrze. To w ogóle jest całkiem fajne narzędzie do utrzymywania znajomości. Niektórych. Jednak kilka jego cech skłoniło mnie do powrotu do tej formy komunikacji. Oto one.

Po pierwsze, to co piszę na fejsbuku, dociera tylko do moich znajomych. Mam może nie faszystowską ale jednak dość restrykcyjną politykę dodawania do friendsów. Ostatnio jednak znów przybyło rzeczy, którymi chciałbym się podzielić z większym audytorium.

Jednak na moją decyzję bardziej wpłynęło co innego. Otóż model biznesowy FB zasadniczo kłóci się z ideą komunikacji ze znajomymi. Edge Rank, którego algorytmów nie znamy, decyduje co dociera do kogo. Kto zobaczy moje wpisy nie zależy ode mnie, ale od arbitralnej decyzji Cukierasa. Z doświadczenia mogę powiedzieć, że ten promuje ludzi będących social hubami — mających dużo znajomych, dużo lajkujących i zbierających dużo lajków. Rozumiem to, bo wiem na czym ten biznes polega. Tyle, że w pewnym momencie dotarło do mnie mocno, że to co tam piszę po pierwsze ginie w zalewie informacji czysto komercyjnych z różnych promowanych stron, po drugie przepada po kilku minutach w zalewie innych informacji, po trzecie — nawet jeśli dociera do moich znajomych, to tylko do tych, którzy są tymi social hubami. Pozdrawiam z tego miejsca MRW, Marcelego, Inż. Mruwnicę, Łukasza Najdera i paru innych. Lubię was, ale mam też sporo osób, które nie spędzają na FB tyle czasu i tyle aktywności co my (no bo ja też przecież) i przez to są z tego obiegu kompletnie wyłączeni. Coraz częściej odnoszę wrażenie, że to wszystko co wrzucę na FB, dociera do góra 20 osób.

To nie znaczy, że zamierzam się wyoutować z FB, bo są ulotne treści, które do komunikacji w takim gronie się jak najbardziej nadają.

Do publikowania na FB postów publicznych mam wysoce ambiwalentny stosunek. Niby są publiczne, ale tak jak wszystkie inne — giną w potoku newsfeeda i przepadają w czeluści niewyszukiwalnego archiwum w zasadzie na zawsze. No i też docierają tylko do moich friendsów, followerów, dodatkowo przefiltrowanych przez Edge Rank.

Opublikowałem ostatnio kilka notatek z podróży. Nie ukrywam — do zapisywania tych rzeczy zainspirował mnie jeden z ostatnich BookRage'ów — pomyślałem sobie, że Teklakiem, Szczerkiem czy Najderem nie zostanę, ale i tak warto je utrwalić. A co to za utrwalenie na FB, skoro po tygodniu w zasadzie nie da się ich już w ogóle odnaleźć. Więc opublikowałem je tu. I po chwili dostałem bezpośredni feedback od starych znajomych ("odświeżyłem RSS a tam takie fajne notki, super!"), których… mam przecież we friendsach na FB. Ale Cukieras zwyczajnie im tego nawet nie pokazał. Dlatego postanowiłem, że tego typu treści muszą być jednak dublowane także gdzie indziej. Tak, wiem, że tutaj również stają się własnością innego evil corp, ale póki co ten evil corp pomiędzy moją treścią a waszym RSS nie stawia żadnego Edge Ranka, który decyduje o tym, co wy chcielibyście przeczytać.

Zatem będą się tu pojawiać notatki z podróży, z przypadkowych spotkań z ludźmi i sytuacjami. Będą jakieś co fajniejsze fotorelacje z wycieczek (jak ta ostatnia z Taurona), choćby dlatego, że FB kompletnie masakruje fotki. Będą także co treściwsze recenzje z Goodreads (do których przeczytania musielibyście nie tylko friendsować się ze mną na FB ale jeszcze mieć konto tam), w który to serwis się kompletnie wkręciłem, bo od zawsze lubiłem skroblować swoje różne aktywności (vide last.fm), w tym przypadku czytelnicze.

Tak więc, reasumując, narodził się pomysł na reaktywację tego bloga. Trzyemski is back. Trzymcie kciuki :-)