12.25.2009

en lecture

Z zaplanowanych na urlop zakupów, udało się mi zrealizować tylko trzy.

Wrońca Dukaja wciągnąłem "tak jak w tym kraju pije się wódkę - na raz" (nagroda - uśmiech prezesa - dla komentatora, który rozpozna źródło cytatu).

Jedenastego Św. Marcina nie mieli. "Wyszedł" im także Gottland Szczygła, na smakowanie którego przy kominku i kieliszku becherovki w zasypanej śniegiem chatce w Lhocie miałem największą ochotę.

Łaskawych Littella nawet w góry nie biorę. Już gabaryty czynią z nich kiepską "lekturę urlopową". Ale jest coś więcej. Kiedy tylko rzuciłem okiem na tytuły części powieści (wstęp-toccata a następnie cztery części suity barokowej), wiedziałem od razu, że to będzie książka do powolnej i długomiesięcznej a może nawet długoletniej degustacji przy dobrym austriackim rieslingu albo veltlinerze i suitach Bacha, Corellego, Bibera. Poczułem wręcz, że to książka napisana właśnie dla mnie, do mnie. To nieczęste uczucie. Inna sprawa - jakie to jednak smutne, że skorzystanie z paru informacji na poziomie szkoły muzycznej pierwszego stopnia to dzisiaj takie ajwaj. Nic dziwnego, że ludzie dla których ambitna muzyka to Sting a rzucenie cytatem z Kazika to zaraz "postmodernistyczny popkulturowy intertekstualizm", tytułują się dziś erudytami.

Została mi pozycja ostatnia. Tu bez zaskoczenia, bo sporą i dość reprezentatywną część Białej gorączki Hugo-Badera znam już z Gazety Wyborczej. Pozostała część nie odstaje poziomem. To taka książka, lekturę której komentuje się po każdym parzystym akapicie wznoszącym, przeciąganym "o kurwa, o kuuurwa", a po nieparzystym - powoli cedzonym przez zęby "ja-pier-do-lę".

Nie będzie lekko. Na szczęście w ramach odtrutki zawsze mogę liczyć na teścia i jego biblioteczkę pulpowych s-f.

PS. Streszczam się maksymalnie, bo na klawiaturze białego MB pisze mi się fatalnie. Pewnie to kwestia przyzwyczajenia ale to jednak kolejny drobny argumencik przeciwko pomysłowi kupienia największego MBP i posiadania jednego uniwersalnego kompa do domu i na podróż.

Jeśli ktoś we wsi będzie miał WiFi i się podzieli, to być może wrzucę na bieżąco jakieś fotki. W przeciwnym razie odmeldowuję się do 3 stycznia. Na schled!

12.11.2009

grand press de erewań

Jak donosi GW, rozdano nagrody Grand Press 2009. W kategorii news nagrodę dostali Szymon Jadczak i Maciej Kuciela z TVN. Za co? Otóż, za reportaże "Dobre, bo szwedzkie" wyemitowane w programie TVN "Uwaga!", ujawniające, że prywatna firma sprowadziła do Polski ponaddwudziestoletnie mięso pochodzące z zapasów szwedzkiej armii, które następnie trafiało m.in. do szkół, przedszkoli i domów dziecka, a nie nadawało się do spożycia dla ludzi. Analogiczny news na Gazecie.pl dodaje jeszcze, że mięso było przeterminowane.

Tymczasem: Nie mięso, tylko liofilizowana papka mięsna. Nie przeterminowane, bo jego termin przydatności upływa w 2010 (o czym można przeczytać w tekście linkowanym tuż obok na tym samym portalu). Nie do końca się potwierdziło, że trafiło do szkół, przedszkoli i domów dziecka. I jak najbardziej nadaje się do spożycia przez ludzi, o czym zapewnia sam Sanepid.

Zaraz zaraz, czy ktoś od tego mięsa umarł? To może chociaż się zatruł? Też nie.

Tak więc po odkręceniu wszystkich przekłamań rodem z Radia Erewań co nam zostaje z "newsa"? Zdziwko, że liofilizowana żywność nadaje się do spożycia przez dwadzieścia lat. No to jest, proszę państwa, po prostu sensacja! News roku! Dziennikarski Nobel.

Z drugiej strony - to modelowy przykład jak się we współczesnym dziennikarstwie "robi newsa". Więc może jakaś nagroda się należała. Mam nawet pomysł, jak powinna wyglądać:

11.20.2009

r.i.p. aeg

Umarł Andrzej E. Grabowski - twórca krakowskiego wydania GW, redaktor działu muzycznego Onet.pl, animator jazzowego życia koncertowego Krakowa, współdyskutant z pl.rec.muzyka.jazz, wreszcie założyciel i redaktor portalu Diapazon.pl - najlepszego i najważniejszego polskiego medium traktującego o jazzie.

Posłucham dzisiaj koncertów Kena Vandermarka z Alchemii - ci, którzy znali Andrzeja wiedzą, dlaczego. I tej płyty - Andrzej wiedziałby dlaczego.

I napiję się wódki.

Dużo wódki.

11.16.2009

normalisr

O problemach z reprezentatywnością last.fm-owych statystyk już kiedyś pisałem. Dla lasta "odsłuch" jest "odsłuch", nieważne czy track ma długość jednej czy pięćdziesięciu minut. W rocku czy popie to nie problem - piosenki mają z reguły porównywalną długość. Ale już w elektronice zdarzają się ekstrema - całe ambientowe płyty nagrane jako jeden track albo wręcz przeciwnie - poszatkowane na setki krótkich fragmentów jak album Minidisc Gescomu. W powadze, której słucham najczęściej, aż tak ekstremalnie nie jest, ale uprzywilejowanie barokowych oper i oratoriów jest aż nadto widoczne.

Sprytne rozwiązanie tego problemu oferuje serwis Normalisr (flaker nie boleo, oko nie flickr). Aplikacja ta mieli bazę danych Musicbrainz i na jej podstawie oblicza średnią długość tracku dla danego artysty. Następnie przemnaża przez pobraną z last.fm ilość odsłuchów i na tej podstawie buduje ranking wykonawców. Muszę przyznać, że faktycznie w moim przypadku ten ranking bardziej odpowiada rzeczywistości i potwierdza moje przypuszczenia, że najbardziej niedoszacowani w moich statsach są symfonicy. Najbardziej spektakularny skok zalicza Anton Bruckner - o 34 pozycje! Inne duże awanse to Mahler (+15), Schubert (+16), Mendelssohn (+14) oraz ambientowy Caretaker (+18). Całą pierwszą pięćdziesiątkę można obejrzeć tu.

Normalisr umożliwia także wygenerowanie widgetu do wstawienia na bloga lub w pole About Me na last.fm. Widget nie jest uaktualniany automatycznie za każdym wyświetleniem, ale to raczej mały problem - w przypadku regularnych użytkowników lasta pierwsza dwudziestka (tyle pozycji pokazuje wygenerowany obrazek) raczej nie zmienia się codziennie, a Normalisr być może uniknie dzięki temu podstawowej bolączki zabijającej tym podobne serwisy -przeciążenia.

11.12.2009

dobry panie autobanie


Sam dowcip z podłożeniem jungle'owego bitu do "Dobry Jezu a nasz Panie" jest dość średni. Ale zestawienie tego z obrazem TIR-ów wbijających się pod prąd na autobahnę/ekspresówkę jest metaforą polactwa o dawno niespotykanej celności (WO decicated ;-]).

11.10.2009

dojczland und ojropa


Sympatyczna reklama. Przez Niemcy i Europę, czyli do Hamburga i Warszawy.

11.02.2009

r.i.p. quelle

Wczoraj rano rozpoczęła się wielka wyprzedaż w wysyłkowym domu handlowym Quelle, którego katalog był w latach osiemdziesiątych relikwią kultu cargo w każdym polskim domu. Dwa tygodnie temu firma ogłosiła bankructwo.

Skończyła się pewna epoka ;-)

10.19.2009

nie pieprz pietrze wieprza perłami

W ten oto sposób 12 stycznia 2007 roku Joshua Bell znalazł się w waszyngtońskim metrze. Wyjął stradivariusa (...). Przez 43 minuty grał najpiękniejsze utwory muzyki klasycznej i zbierał do futerału pieniądze. - Prosiłem wcześniej, żeby grał tak samo jak na koncercie, bez taryfy ulgowej - mówi Weingarten. - Na koncertach Bell bierze średnio po 100 dolarów za bilet. Ciekawiło nas, ile uzbiera w metrze.

(...)

Weingarten: - Oczekiwałem małej grupy ludzi. Ale mój redaktor naczelny myślał, że zrobi się tłum, i na wszelki wypadek powiadomił policję.

Przez nieco ponad 40 minut dającego z siebie wszystko wirtuoza minęło 1097 osób. Zatrzymał się tylko jeden mężczyzna. Słownie: JEDEN. Joshua zarobił za to 32 dolary i 17 centów. - Tak, ludzie rzucali mu drobniaki! Ja też nie mogłem w to uwierzyć - mówi Weingarten.

Weingarten za tekst "Perły przed śniadaniem" dostał Pulitzera. - Najbardziej zaskoczyła mnie reakcja czytelników. Dostałem setki maili od ludzi, którzy czytając ten tekst, płakali nad kondycją współczesnego człowieka.
Och, que triste storia, jakież to duszeszczipatielne. Kondycja współczesnego człowieka. Tylko usiąść i zapłakać.

Eksperyment pana Weingartena to jak podanie komuś do zestawu w makdonaldzie najlepszego francuskiego wina w plastikowym kubku i dziwienie się, że nie poznał się, jaki to cymes.

Ciekawe ilu z tych płaczących nad "kondycją współczesnego człowieka" równocześnie na co dzień uważa, że muzyki poważnej powinno się słuchać w skórzanym fotelu, pod krawatem, z lampką wina i nabożną miną. No bo jakaś konsekwencja poglądów jednak obowiązuje, dkn. Tak czy nie? Albo słuchanie powagi z iPoda w zbiorkomie jest barbarzyństwem i szarganiem świętości albo nie jest. Jeśli jest, to granie go na stacji metra jest nim tym bardziej. A jeśli nie jest, to proponuję policzyć, ilu z tych przechodniów grający na stacji Bell przeszkadzał w słuchaniu tego, na co akurat oni mieli ochotę. I zastanowić się, czy i czym niby granie w takich okolicznościach Bacha różni się od napieprzania z głośników boom-boxa.

Nie znoszę żebrania połączonego z graniem jakiejkolwiek muzyki. Muzyka, której nie chcę, którą ktoś mi wmusza, jest akustycznym śmieciem nawet jeśli jest to chaconne Bacha grana na stradivariusie przez Joshuę Bella. A zaśmiecanie fonosfery w miejscu publicznym jest chamstwem i kropka. Pan Weingarten zamiast dostać Pulitzera, powinien za ten artykuł/eksperyment zostać skazany na 10 lat słuchania playlist układanych przez losowo wybranych przechodniów. Ciekawe, jakich przyczynków do "zadumy nad kondycją współczesnego człowieka" by wówczas dostarczył.

10.18.2009

festival of lights

Jeśli chodzi o iluminację budynków, Berlin wypada bardzo skromnie nie tylko w porównaniu z innymi europejskimi stolicami ale, uwzględniając proporcje, nawet z Wrocławiem. Miasta na to po prostu nie stać. Za to co roku w październiku odbywa się Festiwal Świateł, podczas którego najważniejsze obiekty w mieście są iluminowane w sposób bardziej efekciarski niż to z reguły bywa.



Makieta Pałacu Republiki (w zasadzie bardziej go symbolizująca, w dodatku już w stadium rozbiórki, niż przedstawiająca)


Najbardziej efektownym obiektem do oświetlenia jest Katedra Berlińska. Raz, że wyświetlanie wizualizacji na jej neobarokowej, plastycznej fasadzie, daje niezwykłe efekty. Dwa - nieoświetlona latarniami spora powierzchnia Lustgarten, to idealna widownia dla fotografów. W przypadku innych obiektów ciężko o ujęcie, którego nie zepsują lampy uliczne, samochody i tak dalej. Tutaj mamy pełen komfort. Nic dziwnego, że Berliner Dom jest co roku główną atrakcją Festiwalu Świateł.





Niesamowite wrażenie zrobiła wizualizacja przedstawiająca moment burzenia Muru. Znany kadr po rzuceniu na fasadę Katedry robił wrażenie barokowego lub renesansowego obrazu.


Pod lipy tej listkami marzyłem kiedyś tu, dziś mam ją przed oczami, jej tęskny słyszę szum


Fryderyk Wielki od zadniej strony


Unter den Linden - pod lipami


Gendarmenmarkt - Deutscher Dom i Konzerthaus


Französischer Dom



Deutscher Dom


Konzerthaus


I jeszcze raz Französischer Dom






A to fragment zupełnie niefestiwalowych świateł Berlina. Na błękitno jarzy się Hamburger Bahnhof - dziś muzeum sztuki współczesnej

10.15.2009

#liebegoogle

Ols popełnił wczoraj przezabawną notkę a ja oczywiście nie mogłem się powstrzymać przed sprawdzeniem, czym różnią się podpowiedzi polskiego i niemieckiego googla. Większość jest oczywiście podobna, ale jest parę różnic.

Przede wszystkim, niemieckim odpowiednikiem "mam 12 lat" będzie "ich bin 12". Różnica o tyle znacząca, że jednocyfrowa liczba lat jest od razu uzupełniana do dwucyfrowej, więc o googlowych przygodach dzieci młodszych niż 10 lat nie dowiemy się nic. Prawie nic.

Ich bin 2 prowadzi nas do strony producenta kotłów olejowych, ewentualnie mamy tutaj tatusiów szukających dla pociech koszulek z napisem "ich bin zwei". Nuda.

Ich bin 5 und meine mutter wird sterben [i moja matka umiera]. To jedyna(!) podpowiedź. Drama.

Ich bin 89er - temat dla jakiejś tutejszej Frau Wolf.

Dziewięcio i dziesięciolatki googla nie pytają w ogóle.

Ich bin 11 und - jedenastolatki chciałyby, ale jeszcze nie wiedzą o co (to jedyna podpowiedź).

Dalej jak w Polsce, w wieku 12 lat zaczynają się standardowe pytania o homoseksualizm i odchudzanie.

Trzynastolatki potrzebują pieniędzy [brauche geld], które chcą zarobić [will geld verdienen], najlepiej jako model/ka [will model werden].

Czternastolatki standardowo zaczynają się martwić brakiem chłopaka/dziewczyny [hatte noch nie einen freund/in], brakiem pierwszej miesiączki/polucji [habe meine tage noch nicht / hatte noch keinen samenerguss], szukają pracy [suche ein job], przyjaciela i... chcą mieć dziecko!!! [will ein kind]

Piętnastolatki mają zasadniczo te same problemy, za to szesnastolatki chcą się wyprowadzić [will ausziehen] - kolejny temat zupełnie nie występujący w polskiej wersji.

Kolejna ciekawostka dotyczy osiemnastolatków. Najczęstsze pytanie to... ich bin 18 und sie ist 15. No, no...

Potem pytania się kończą (z rzadka trafia się standardowe "mam x lat i jestem dziewicą", kończące się przed trzydziestką).

Z tematów występujących w polskich zapytaniach i nie występujących w ogóle w niemieckich zwraca uwagę przede wszystkim jeden: masturbacja.

Ktoś się pokusi o przegląd jakichś egzotyczniejszych wersji? Ewentualnie o komentarz?