05.12.2014

r.i.p. Wawel

W kraju kolejowym hajlajtem sezonu jest premiera Pendolino. Tymczasem w jej cieniu nadchodzi niemniej historyczne, ale o wiele smutniejsze kolejowe wydarzenie.

Niemal dokładnie za tydzień w swój ostatni kurs wyruszy IC Wawel relacji Berlin-Wrocław (niegdyś Berlin-Kraków). Dziesięć lat po wejściu Polski do Unii Europejskiej i na dwa lata przed pełnieniem funkcji Europejskiej Stolicy Kultury stolica Śląska odcina się od najbliższej (historycznie i kulturowo) wielkiej metropolii.

A jeszcze niedawno wydawało się, że będzie dokładnie odwrotnie. Po oddaniu wielkiego portu lotniczego Berlin-Brandenburg International Deutsche Bahn miała pociągami dowozić na nie pasażerów także ze Szczecina, Poznania i Wrocławia. Jak wyszło z lotniskiem — niestety wiadomo.

Winy są po obu stronach. Dla DB kierunek wschodni jest, był i będzie peryferialny i nigdy tego nie ukrywali. PKP ze swojej strony zrobiła wiele, łącznie z remontem linii kolejowych a nawet zaproponowaniem Niemcom pożyczki (sic!) na wyremontowanie torów i położenie trakcji elektrycznej po ich stronie Odry. Ale nie dopilnowała do końca. Bo to jednak dla Dolnego Śląska to połączenie było ważniejsze niż dla Berlina. To PKP powinno stanąć na rzęsach, aby ten pociąg nie został zlikwidowany. Skrócenie trasy do Wrocławia w sumie miało sens — choć bywam w Krakowie, to jednak od 2010 wybieram samolot. Lotów z Berlina do Wrocławia raczej nigdy nie będzie, to za krótka trasa. Autobusy są niewygodne, niebezpieczne, mało pojemne i wolne (czas zyskany na większej prędkości na autostradzie — walor i tak do pominięcia po zmodernizowaniu linii — autobus traci przez godzinę przebijając się z obrzeży Berlina do jego centrum, o tym ile czasami jedzie się z Bielan do centrum Wro, szkoda pisać). Regularne połączenie kolejowe to coś więcej niż tylko środek transportu określonej ilości ludzi z punktu A do punktu B, to symboliczna pępowina, którą w obie strony podróżują ludzie i idee.

Studiowałem i mieszkałem we Wrocławiu. Nawet jeśli do Berlina przyjechałem z Krakowa, to jednak z symbolicznym przystankiem we Wro. Stamtąd pochodzi też moja ex-małżonka. Tam mam najwięcej znajomych i przyjaciół. Tam (na Dolny Śląsk i w Góry Stołowe) jeździliśmy spędzać wakacje. A i z moich berlińskich polskich znajomych większość ma coś wspólnego z tym miastem. Bez odrobiny przesady mogę powiedzieć, że prawie dekada mojej bytności tu upłynęła mniej lub bardziej w cieniu tej linii kolejowej i tego pociągu.

Kończy się epoka. I to w chwili, kiedy wydawało się, że autostradocentryczny rząd PO wreszcie zaczyna dostrzegać ważność także transportu szynowego. I to jeszcze w momencie, kiedy zapowiada się, że znów będę częściej bywał we Wrocławiu, zaniedbywanym ostatnio na rzecz Poznania…

PS Tu można podpisać petycję przeciwko likwidacji połączenia, a tu poprzeć protest na Facebooku.

PS2 Dość symboliczne jest zamknięcie tego połączenia praktycznie dokładnie w momencie, kiedy Wrocław za sprawą Pendolino zyskuje lepsze połączenie z Warszawą. Być może to jest właśnie moment definitywnego przyłączenia Breslau do Polski.

21.11.2014

Włodzimierz Borodziej, Marciej Górny — Nasza Wojna

* * * * *

Wielka Wojna w polskiej pamięci zbiorowej praktycznie nie istnieje. Wiemy, że była, że Legiony i niepodległość. I może jeszcze, że Verdun, gaz i okopy. I C.K. Dezerterzy. Ale niewiele ponadto. Tymczasem przecież drugi ważny front tej wojny przetoczył się przez ziemie polskie, przez niektóre ich zakątki nawet kilkukrotnie. Przecież w tej wojnie za Cara i obu Kajzerów walczyli nasi pradziadowie. Albo przynajmniej doświadczali jej skutków. Nie było tu wojny pozycyjnej i gnicia w okopach na taką skalę jak na zachodzie, ale był i gaz i okupacje i wielkie bitwy oraz liczone w setkach tysięcy ofiary.

Borodziej i Górny przywracają tę wojnę — naszą(!) wojnę — pamięci. Ze swadą (mnóstwo wzbogacających obraz epoki ciekawostek, narracja momentami wręcz gawędziarska) piszą nie tylko o zmaganiach zbrojnych, ale i sytuacji na zapleczu frontu, gospodarczych, społecznych i kulturowych skutkach tej europejskiej katastrofy właśnie tu, na naszych ziemiach i w naszych miastach, w Mitteleuropie. Zaczynają — bardzo słusznie — nie od roku 1914, ale od 1912 i dwóch wojen bałkańskich, perspektywą obejmując cały front wschodni od Turcji, przez Bałkany aż po państwa nadbałtyckie. W tym pierwszym tomie bardzo starają się oddać nastrój chwili, unikając perspektywy teleologiczej, patrzenia przez pryzmat ładu powojennego (wówczas jeszcze kompletnie niewyobrażalnego) i następnej wojny światowej, choć nie powstrzymują się (i słusznie) przed pokusą skomentowania i wyprowadzenia pewnych zależności pomiędzy niemieckim doświadczeniem na froncie wschodnim w latach 14-18 a tym co działo się 25 lat później.

Od samego początku pracy nad tą książką jedno było dla nas jasne: nie chcemy wydłużać bibliotecznych półek; Nasza wojna ma „się czytać” — piszą w posłowiu. I czyta się, i to jak!

Z niecierpliwością czekam na drugi tom.

19.11.2014

upiór w operze


Ten post byłby anonsem wstawienia nowego linka do blogrolki, gdyby nie to, że jakiś czas temu, na fali chwilowego obumierania tego bloga, blogrolkę wziąłem i skasowałem. Więc nie będzie linka tam, ale będzie reklama. Najszczersza, jaka może być, bo autorka jest osobą, z którą dzielę wiele muzycznych upodobań, kilkanaście świetnych koncertów i trudne do policzenia nieprzespane noce spędzone przy winie i świetnych nagraniach.

Zapewne znacie ją z Ruchu Muzycznego, radiowej Dwójki i paru innych miejsc. A jeśli nie znacie, to macie szansę to fatalne niedopatrzenie nadrobić. Pisze i mówi to co myśli, bezkompromisowo, często wbrew aktualnym modom i koniunkturom. Za to ze szczerością podpartą kompetencją, której ja sam jej szczerze zazdroszczę. Rozmijamy się w opiniach rzadko i te momenty niech zostaną między nami, ale kiedy znów się spotykamy, to zaprawdę powiadam wam, jest moc!

Więc z osobistej sympatii, zawodowego podziwu, a trochę też w ramach rekompensaty, że sam pisanie o muzyce w duże mierze zarzuciłem…

Panie i Panowie — przedstawiam wam bloga Doroty Kozińskiej: Upiór w operze.

Kibicuję temu projektowi od początku i opiekuję się jego stroną techniczną, ale odczekałem z reklamą aż będzie już co poczytać. No i już jest… Zapraszam więc do lektury, komentowania, a sam też trzymam kciuki za dalsze teksty, pozytywny ferment i kompetentne pisanie o dobrej muzyce.

Powodzenia, Dorota!

09.11.2014

Karol Modzelewski — Barbarzyńska Europa

* * * * *
Książka absolutnie rewelacyjna, choć trudna w lekturze nawet dla kogoś, kto tak jak ja interesuje się co nieco historią. Bo "Barbarzyńska Europa" nie jest ani podręcznikiem ani nawet książką popularyzatorską (wbrew, zresztą, twierdzeniom samego autora). To jest pozycja naukowa sensu stricto. Modzelewski syntetyzuje, zestawia żródła, porównuje je, wysnuwa na ich podstawach teorie i je argumentuje, równoczesnie dyskutując z teoriami swoich kolegów po fachu. I to do nich właściwie się zwraca, dlatego próżno tu szukać wyjaśnień fachowych pojęć czy metodologii. Podchodząc do lektury z pozycji laika trzeba się liczyć z koniecznością pokonania tego wysokiego "kosztu wejścia" na własną rękę a nie raz mimo starań i tak przyjdzie się od pewnych zagadnień odbić. Ale warto nie dać się zniechęcić, zwłaszcza, że lektura robi się ciekawsza z rozdziału na rozdział (może to także efekt stopniowego wchodzenia w temat).

Nie było łatwo. Ciężko jest to czytać porcjami większymi niż po kilka stron na raz — zbyt wielka kondensacja meritum. Potrzebowałem ponad roku, ale było warto. W kategorii "poszerzanie wiedzy" jest to z pewnością najlepsza przeczytana przeze mnie książka od kilku lat.

12.10.2014

#‎takasytuacja‬

Sobota, coś koło południa. Sąsiadka zaczyna grać na pianinie BWV 147. Nie w smak ci, bo miałeś ciężką noc i słyszysz tupot białych mew. Ale nie umiesz być na nią zły, bo sam ćwiczyłeś latami w bloku i wiesz jak to jest. Generalnie zen. Nie złośćmy się na muzyków, i tak mają pod górę.

Wychodzisz więc na balkon zaczerpnąć świeżego powietrza i… zaczynasz jej do tego gwizdać cantus firmus. Sąsiadka się peszy i przestaje grać.

Berlin:-)

23.09.2014

Bartosz T. Wieliński — Żli Niemcy

* *

Kolejna książka w manierze "sprzedajmy to samo jeszcze raz". Bowiem cała jej treść to niezmienione ani na jotę, zebrane reportaże, które ukazały się w "Ale Historia" — dodatku Gazety Wyborczej, której Wieliński jest specjalistą od spraw niemieckich. Uważny czytelnik GW nie znajdzie tu nic nowego.

Jak sugeruje sam tytuł, przekorna trawestacja popkulturowego toposu "dobrego Niemca", autor odmalowuje portrety Niemców z ciemnej strony mocy. Ale nie zbrodniarzy z pierwszych stron gazet. Raczej postaci drugoplanowych, nie (albo nie wprost) kojarzących się z wojną i ludobójstwem. Mamy tu naukowców, którzy zbłądzili, przestępców wojennych, którzy po wojnie uchodzili za wzorowych obywateli, ludzi żyjących w szarej strefie, gdzieś w zawieszeniu pomiędzy prawem, moralnoścą a brutalną polityką, wojną, terroryzmem i grą wywiadów. I którzy w większości uniknęli osądzenia albo skazania.

Reportaże poprawne warsztatowo, ale jednak bez polotu. W większości przypadków brak im jakiejś wyraźnej, błyskotliwej pointy. Dobre jako część coponiedziałkowej prasówki, ale zebrane w książce wypadają raczej blado. Oczywiście na moją opinię wpływa fakt, że co do jednego czytałem je już w gazecie, ale dobra literatura (nawet faktu) powinna jednak wytrzymywać próbę drugiego podejścia.

14.09.2014

Ziemowit Szczerek - Był sobie Polak, Rusek i Niemiec, czyli historie z Europy B

* * * * *

Sam miód. 100% Szczerka w Szczerku. Pyszne anegdoty, soczysty język, fraza zamaszysta. Boki zrywać można i normalnie chce się akapitem za akapitem z ziomami dzielić na fejsie. Czyta się chyba nawet lepiej niż "Mordor". Po części dlatego, że to zbiór felietonów raczej nie pisanych jako jedna spójna książka, tylko tak sobie — to tu, to tam. Przez to jest różnorodniej, barwniej a pointy jeżą się jeszcze gęściej (choć trudno to sobie wyobrazić).

Tyle, że jak wspomniałem — nie jest jest to materiał premierowy (wbrew temu, co piszą w zajawce BookRage) a zbiór felietonów już wcześniej publikowanych, w znakomitej większości dostępnych zresztą za free w sieci. Z 27 rozdziałów raptem trzech, może czterech nie czytałem wcześniej (hmmm… chyba jestem psychofanem…). Ale i tak warto było sobie przypomnieć, no i mieć je cuzamen do kupy w jednym ebooku.

Allex Bellos - Futebol. Brazylijski styl życia

* * * *

Pozycja obowiązkowa dla każdego fana piłki kopanej, który chce się dowiedzieć czegokolwiek o kraju, o którym wiemy z reguły tyle, że na każdym mundialu ma pozycję domyślnego faworyta. Ale skąd to się bierze?

Nie nieee, ta książka bynajmniej nie odpowiada na to pytanie. Po jej przeczytaniu raczej ma się ochotę zapytać: Ale jak to możliwe?

Bellos w dość przyzwoitym reportażowym stylu prowadzi tematycznie przez różne aspekty brazylijskiej piłki — handel piłkarzami, uwarunkowania historyczno-socjologiczne, związki z religią i polityką, kultura kibolska, meandry lokalnego systemu ligowego czy egzotycznych lokalnych form futbolu i rozgrywek. I o ile przed przeczytaniem tej książki o brazylijskim futbolu nie wiedziałem w zasadzie nic i wydawał mi się przez to egzotyczny, o tyle po jej przeczytaniu… wydaje mi się już kompletnie nie do pojęcia.

Łukasz Najder - Transmisje

* * *

Na dłuższą metę maniera Najdera trochę mnie męczy pretensjonalnością, tym bardziej paradoksalnie lektura zebranych cuzamen do kupy i wyselekcjonowanych najlepszych notek weszła mi bardziej, niż codzienne wpisy na FB, które często pomijam. W ogóle mam wrażenie, że taka skondensowana i namacalna (ebook to ebook, nie wyłączy go Cukieras ani utrata zasięgu netu) forma robi im lepiej niż przemijalność walla na fejsie. Styl Łukasza zdecydowanie bardziej nadaje się do książkowego, a nie netowego (a już zwłaszcza fejsbukowego) tempa lektury.

Bardzo dobrze wchodzi w podróży

13.09.2014

Pink Pipes

W wielu turystycznych relacjach z Berlina spotykam zdziwienie różowymi rurami przebiegającymi na wspornikach przez centrum miasta. I z różnymi ich interpretacjami, czasami tak zabawnymi jak np. instalacja artystyczna. Czas wyjaśnić tą tajemnicę.

Zacznijmy od tego, że Berlin leży w zasadzie na pojezierzu. Może nie aż tak efektownym, jak Mazury, ale jednak sporą część miasta zajmują rozmaite cieki wodne i jeziora. Wody jest wkoło w bród. Z tego wynikają dwa podstawowe problemy.

Pierwszy z nich jest pewnie doskonale znany większości turystów — jest to berliński grzyb. W tym mieście grzyb wychodzi wszędzie, gdzie jest choć trochę mniej przewiewnie niż na czubku Fernsehturm. Nawet w czystych mieszczańskich domach możecie się natknąć na zalążki grzyba pod prysznicem, nie wspominając o hotelach czy np. toaletach na lotniskach. Śmiem wręcz twierdzić, że prawdziwym berlinerem jest ten, kto już po prostu się z tym faktem pogodził i owszem — grzyba zwalcza dla zasady, ale wie, że jest to syzyfowa robota.

Drugi, mniej oczywisty, to to, że praktycznie wszędzie, jeśli wykopiesz w ziemi dołek głębszy niż fundament pod przystankową wiatę, na dnie będzie się zbierać woda. Po prostu wody gruntowe są tu wyjątkowo płytko. A ponieważ buduje się wciąż sporo, w tym takie rzeczy jak nowa linia U-Bahnu w samym centrum miasta, to tę wodę trzeba wypompowywać. I do tego własnie służą te intrygujące różowe rury.

Na zdjęciach poniżej — niezwykle gustowna różowa instalacja odprowadzająca wodę z okolicznej budowy do sadzawek ogrodowych poczdamskiego pałacu Sanssouci.