12.10.2014

#‎takasytuacja‬

Sobota, coś koło południa. Sąsiadka zaczyna grać na pianinie BWV 147. Nie w smak ci, bo miałeś ciężką noc i słyszysz tupot białych mew. Ale nie umiesz być na nią zły, bo sam ćwiczyłeś latami w bloku i wiesz jak to jest. Generalnie zen. Nie złośćmy się na muzyków, i tak mają pod górę.

Wychodzisz więc na balkon zaczerpnąć świeżego powietrza i… zaczynasz jej do tego gwizdać cantus firmus. Sąsiadka się peszy i przestaje grać.

Berlin:-)

23.09.2014

Bartosz T. Wieliński — Żli Niemcy

* *

Kolejna książka w manierze "sprzedajmy to samo jeszcze raz". Bowiem cała jej treść to niezmienione ani na jotę, zebrane reportaże, które ukazały się w "Ale Historia" — dodatku Gazety Wyborczej, której Wieliński jest specjalistą od spraw niemieckich. Uważny czytelnik GW nie znajdzie tu nic nowego.

Jak sugeruje sam tytuł, przekorna trawestacja popkulturowego toposu "dobrego Niemca", autor odmalowuje portrety Niemców z ciemnej strony mocy. Ale nie zbrodniarzy z pierwszych stron gazet. Raczej postaci drugoplanowych, nie (albo nie wprost) kojarzących się z wojną i ludobójstwem. Mamy tu naukowców, którzy zbłądzili, przestępców wojennych, którzy po wojnie uchodzili za wzorowych obywateli, ludzi żyjących w szarej strefie, gdzieś w zawieszeniu pomiędzy prawem, moralnoścą a brutalną polityką, wojną, terroryzmem i grą wywiadów. I którzy w większości uniknęli osądzenia albo skazania.

Reportaże poprawne warsztatowo, ale jednak bez polotu. W większości przypadków brak im jakiejś wyraźnej, błyskotliwej pointy. Dobre jako część coponiedziałkowej prasówki, ale zebrane w książce wypadają raczej blado. Oczywiście na moją opinię wpływa fakt, że co do jednego czytałem je już w gazecie, ale dobra literatura (nawet faktu) powinna jednak wytrzymywać próbę drugiego podejścia.

14.09.2014

Ziemowit Szczerek - Był sobie Polak, Rusek i Niemiec, czyli historie z Europy B

* * * * *

Sam miód. 100% Szczerka w Szczerku. Pyszne anegdoty, soczysty język, fraza zamaszysta. Boki zrywać można i normalnie chce się akapitem za akapitem z ziomami dzielić na fejsie. Czyta się chyba nawet lepiej niż "Mordor". Po części dlatego, że to zbiór felietonów raczej nie pisanych jako jedna spójna książka, tylko tak sobie — to tu, to tam. Przez to jest różnorodniej, barwniej a pointy jeżą się jeszcze gęściej (choć trudno to sobie wyobrazić).

Tyle, że jak wspomniałem — nie jest jest to materiał premierowy (wbrew temu, co piszą w zajawce BookRage) a zbiór felietonów już wcześniej publikowanych, w znakomitej większości dostępnych zresztą za free w sieci. Z 27 rozdziałów raptem trzech, może czterech nie czytałem wcześniej (hmmm… chyba jestem psychofanem…). Ale i tak warto było sobie przypomnieć, no i mieć je cuzamen do kupy w jednym ebooku.

Allex Bellos - Futebol. Brazylijski styl życia

* * * *

Pozycja obowiązkowa dla każdego fana piłki kopanej, który chce się dowiedzieć czegokolwiek o kraju, o którym wiemy z reguły tyle, że na każdym mundialu ma pozycję domyślnego faworyta. Ale skąd to się bierze?

Nie nieee, ta książka bynajmniej nie odpowiada na to pytanie. Po jej przeczytaniu raczej ma się ochotę zapytać: Ale jak to możliwe?

Bellos w dość przyzwoitym reportażowym stylu prowadzi tematycznie przez różne aspekty brazylijskiej piłki — handel piłkarzami, uwarunkowania historyczno-socjologiczne, związki z religią i polityką, kultura kibolska, meandry lokalnego systemu ligowego czy egzotycznych lokalnych form futbolu i rozgrywek. I o ile przed przeczytaniem tej książki o brazylijskim futbolu nie wiedziałem w zasadzie nic i wydawał mi się przez to egzotyczny, o tyle po jej przeczytaniu… wydaje mi się już kompletnie nie do pojęcia.

Łukasz Najder - Transmisje

* * *

Na dłuższą metę maniera Najdera trochę mnie męczy pretensjonalnością, tym bardziej paradoksalnie lektura zebranych cuzamen do kupy i wyselekcjonowanych najlepszych notek weszła mi bardziej, niż codzienne wpisy na FB, które często pomijam. W ogóle mam wrażenie, że taka skondensowana i namacalna (ebook to ebook, nie wyłączy go Cukieras ani utrata zasięgu netu) forma robi im lepiej niż przemijalność walla na fejsie. Styl Łukasza zdecydowanie bardziej nadaje się do książkowego, a nie netowego (a już zwłaszcza fejsbukowego) tempa lektury.

Bardzo dobrze wchodzi w podróży

13.09.2014

Pink Pipes

W wielu turystycznych relacjach z Berlina spotykam zdziwienie różowymi rurami przebiegającymi na wspornikach przez centrum miasta. I z różnymi ich interpretacjami, czasami tak zabawnymi jak np. instalacja artystyczna. Czas wyjaśnić tą tajemnicę.

Zacznijmy od tego, że Berlin leży w zasadzie na pojezierzu. Może nie aż tak efektownym, jak Mazury, ale jednak sporą część miasta zajmują rozmaite cieki wodne i jeziora. Wody jest wkoło w bród. Z tego wynikają dwa podstawowe problemy.

Pierwszy z nich jest pewnie doskonale znany większości turystów — jest to berliński grzyb. W tym mieście grzyb wychodzi wszędzie, gdzie jest choć trochę mniej przewiewnie niż na czubku Fernsehturm. Nawet w czystych mieszczańskich domach możecie się natknąć na zalążki grzyba pod prysznicem, nie wspominając o hotelach czy np. toaletach na lotniskach. Śmiem wręcz twierdzić, że prawdziwym berlinerem jest ten, kto już po prostu się z tym faktem pogodził i owszem — grzyba zwalcza dla zasady, ale wie, że jest to syzyfowa robota.

Drugi, mniej oczywisty, to to, że praktycznie wszędzie, jeśli wykopiesz w ziemi dołek głębszy niż fundament pod przystankową wiatę, na dnie będzie się zbierać woda. Po prostu wody gruntowe są tu wyjątkowo płytko. A ponieważ buduje się wciąż sporo, w tym takie rzeczy jak nowa linia U-Bahnu w samym centrum miasta, to tę wodę trzeba wypompowywać. I do tego własnie służą te intrygujące różowe rury.

Na zdjęciach poniżej — niezwykle gustowna różowa instalacja odprowadzająca wodę z okolicznej budowy do sadzawek ogrodowych poczdamskiego pałacu Sanssouci.




12.09.2014

Reaktywacja

Jeżeli są tu jeszcze jacyś starzy czytelnicy mający ten blog w RSS, to zapewne zauważyli, że znów zaczęły się pojawiać wpisy. I będą.

Jakiś czas temu to miejsce, tak jak wiele podobnych, uległo kanibalizacji przez fejsbuka. To dość ogólna tendencja. Jednak ostatnio kilka różnych czynników skłoniło mnie do odwrotu od tej tendencji.

Owszem, wiele rzeczy które mam ochotę napisać, nadaje się tylko do publikacji w gronie znajomych i do tego FB przez pewien czas służył bardzo dobrze. To w ogóle jest całkiem fajne narzędzie do utrzymywania znajomości. Niektórych. Jednak kilka jego cech skłoniło mnie do powrotu do tej formy komunikacji. Oto one.

Po pierwsze, to co piszę na fejsbuku, dociera tylko do moich znajomych. Mam może nie faszystowską ale jednak dość restrykcyjną politykę dodawania do friendsów. Ostatnio jednak znów przybyło rzeczy, którymi chciałbym się podzielić z większym audytorium.

Jednak na moją decyzję bardziej wpłynęło co innego. Otóż model biznesowy FB zasadniczo kłóci się z ideą komunikacji ze znajomymi. Edge Rank, którego algorytmów nie znamy, decyduje co dociera do kogo. Kto zobaczy moje wpisy nie zależy ode mnie, ale od arbitralnej decyzji Cukierasa. Z doświadczenia mogę powiedzieć, że ten promuje ludzi będących social hubami — mających dużo znajomych, dużo lajkujących i zbierających dużo lajków. Rozumiem to, bo wiem na czym ten biznes polega. Tyle, że w pewnym momencie dotarło do mnie mocno, że to co tam piszę po pierwsze ginie w zalewie informacji czysto komercyjnych z różnych promowanych stron, po drugie przepada po kilku minutach w zalewie innych informacji, po trzecie — nawet jeśli dociera do moich znajomych, to tylko do tych, którzy są tymi social hubami. Pozdrawiam z tego miejsca MRW, Marcelego, Inż. Mruwnicę, Łukasza Najdera i paru innych. Lubię was, ale mam też sporo osób, które nie spędzają na FB tyle czasu i tyle aktywności co my (no bo ja też przecież) i przez to są z tego obiegu kompletnie wyłączeni. Coraz częściej odnoszę wrażenie, że to wszystko co wrzucę na FB, dociera do góra 20 osób.

To nie znaczy, że zamierzam się wyoutować z FB, bo są ulotne treści, które do komunikacji w takim gronie się jak najbardziej nadają.

Do publikowania na FB postów publicznych mam wysoce ambiwalentny stosunek. Niby są publiczne, ale tak jak wszystkie inne — giną w potoku newsfeeda i przepadają w czeluści niewyszukiwalnego archiwum w zasadzie na zawsze. No i też docierają tylko do moich friendsów, followerów, dodatkowo przefiltrowanych przez Edge Rank.

Opublikowałem ostatnio kilka notatek z podróży. Nie ukrywam — do zapisywania tych rzeczy zainspirował mnie jeden z ostatnich BookRage'ów — pomyślałem sobie, że Teklakiem, Szczerkiem czy Najderem nie zostanę, ale i tak warto je utrwalić. A co to za utrwalenie na FB, skoro po tygodniu w zasadzie nie da się ich już w ogóle odnaleźć. Więc opublikowałem je tu. I po chwili dostałem bezpośredni feedback od starych znajomych ("odświeżyłem RSS a tam takie fajne notki, super!"), których… mam przecież we friendsach na FB. Ale Cukieras zwyczajnie im tego nawet nie pokazał. Dlatego postanowiłem, że tego typu treści muszą być jednak dublowane także gdzie indziej. Tak, wiem, że tutaj również stają się własnością innego evil corp, ale póki co ten evil corp pomiędzy moją treścią a waszym RSS nie stawia żadnego Edge Ranka, który decyduje o tym, co wy chcielibyście przeczytać.

Zatem będą się tu pojawiać notatki z podróży, z przypadkowych spotkań z ludźmi i sytuacjami. Będą jakieś co fajniejsze fotorelacje z wycieczek (jak ta ostatnia z Taurona), choćby dlatego, że FB kompletnie masakruje fotki. Będą także co treściwsze recenzje z Goodreads (do których przeczytania musielibyście nie tylko friendsować się ze mną na FB ale jeszcze mieć konto tam), w który to serwis się kompletnie wkręciłem, bo od zawsze lubiłem skroblować swoje różne aktywności (vide last.fm), w tym przypadku czytelnicze.

Tak więc, reasumując, narodził się pomysł na reaktywację tego bloga. Trzyemski is back. Trzymcie kciuki :-)

Masza Gessen - Putin. Człowiek bez twarzy

* * * *

To nie jest biografia.

To jest bardzo subiektywna, pisana w dużej części w pierwszej osobie, opowieść autorki, dziennikarki z kręgów opozycyjnych, o kulisach dojścia Putina do władzy i przebudowie systemu kulawo, bo kulawo, ale demokratyzującej się Rosji w ZSRR 2.0. Jest tam trochę o nim samym, jego początkach kariery, ale z racji ogólnej niedostępności materiałów nie ma tego wiele. Dużo jest natomiast o tle społeczno-politycznym w jakim te zmiany zachodziły. O środowisku Petersburskich demokratów-liberałów, o wykorzystaniu ich i stopniowym przejęciu władzy przez struktury KGB (zamachy bombowe, Czeczenia, Kursk, Dubrowka, Biesłan, Litwinienko, Politkowska, Chodorkowski…). Gessen podpiera swoje wywody zarówno materiałami źródłowymi jak i wspomnieniami i opiniami znajomych z antyputinowskiej opozycji. Jako pozycja naukowo-historyczna w tym punkcie ta książka raczej nie wytrzymałaby krytyki, zbyt wiele tu domniemań, wyciągania wniosków z braku dowodów albo przemilczeń. Może nawet można by ją w wielu miejscach uznać za zbyt sensacyjną, gdyby nie to… że mamy właśnie 2014.

Ostatni rozdział to prawie blogowa, z dużym entuzjazmem poprowadzona relacja z Białej Rewolucji w Grudniu 2011. Bije z niej nadzieja, że rosyjskie społeczeństwo jest w stanie się przeciwstawić i zawrócić restaurację ZSRR.

Ale jest 2014 i wiemy, co było potem. A co jeszcze będzie — tego możemy i powinniśmy się bać…

11.09.2014

Tauron Nowa Muzyka i okolice


Mordor — KWK Wieczorek

Nikisz





Jak byłem bajtlem to tu było kino

Cakes da Killa

Carbon Atlantis - Muzeum Śląskie


The Field pompuje w ludzi bity za pomocą jednego klawisza

Jaga Jazzist i AUKSO

Kobieta orkiestra z AUKSO (grała na tubie, flecie i śpiewała)

Wieża KWK Katowice

Mitch, Felix & Mitch

Macio Moretti i Felix Kubin

"Polonezy" Maseckiego



Kelis

Fabryka porcelany na Giszowcu

25.08.2014

drzemka

Dwie godziny, myślę, w sam raz na drzemkę. Wagon intercity, francja elegancja, gniazdka, czysto, żyć nie umierać.

W ostatniej chwili wpada ona i już wiem, że z drzemki nici.

Gdyż ona jest czystą serdecznością, choć w podróży drugi dzień, to okazji do kontaktu z drugim człowiekiem nie odpuści. Wraca z Malty do Lwowa i, choć Ukrainka, mówi śpiewną kresową polszczyzną.

Rozmawiamy więc o pierdołach. Choć tam wojna i to nie taka jak w TV a Ukraina zaniża straty. Ale my o pierdołach, żadnego gonzo. Albowiem panna Oksana żyje w świecie, którego gonzo się nie ima. Ona stanowi uniwersum osobne, pachnące ciastem ze śliwkami w niedzielę, gromadką roześmianych płowowłosych bachorów i wykrochmalonymi firankami. Jest pulchniutka, radosna i cała stanowi obietnicę długiego, spokojnego życia pełnego rubasznego seksu i chichotów. Życia, w którym wszystkie Putiny, depresje, choroby, wojny, rozpacz i inne plagi egipskie daje się anulować za pomocą czterech słów: Chodź, nalepię ci pierogów.

Śmieje się perliście i co chwilę przeciąga, odsłaniając krągły, opalony na miodowy kolor brzuszek porośnięty blond meszkiem.

No… nie wyspałem się.

Oczywiście jako stary i durny jełop nie wziąłem nawet numeru telefonu a w Krakowie poszedłem do ukraińskiej knajpy upić się z rozpaczy horyłką piercową z miodem.

Tak było.