05.04.2013

Dawno nie widziany RSS nagle ożywa.

Czytałeś kiedyś bloga. Komentowałeś. On czytał Twojego i też komentował. Byliście nawet na piwie w Berlinie, gadaliście o aparatach fotograficznych i takich tam blogerskich pierdołach. Pamiętasz nawet jak miał na imię. A potem gdzieś zniknął.

I teraz ożywa.

Ale nic się nie zgadza już od typografii począwszy.

Nagle się wyjaśnia.

"Może coś o mnie:
Weronika
lat 12"

Aha.


Pamięć sieci plus recykling loginów — spooky jak zwykle…

26.01.2013

W Django Unchained Tarantino pięknie nawiązuje do historii Zygfryda i Brunhildy. Doktor King Schultz w pewnym momencie mówi, że każdy Niemiec zna tą historię.

Byłem na tym filmie z Niemcami, kumplami z firmy, ich dziewczynami, żonami i innymi takimi. W rozmowie w przerwie okazało się, że tylko ja jeden wiem kto to są Zygfryd i ta jego Brunhilda.

Cała nasza kultura europejska opierała się na przekazywaniu pewnych historii, toposów, archetypów, opowieści, narracji i całego tego kramu, wiecie o co chodzi. Był jakiś kod kulturowy którym mogli się porozumiewać europejczycy. Były kody o mniejszym zasięgu, które dawały możliwość porozumienia w obrębie plemienia germańskiego, polskiego czy ogólnosłowiańskiego na przykład.

Zapomnijcie.

Tego już nie ma. Już dawno nie ma. Nikt już nie wie, kto to jest Zygfryd, Orestes, Kościej…

Przekazywanie kultury się zerwało w XX wieku.

Zerwało się przekazywanie czegokolwiek.

Dlatego czekają nas teraz wieki ciemne. Wieki antyszczepionkowców, homeopatów, audiofilów, wyznawców teorii spiskowych, sekt, zabobonów. Bo urwaliśmy w XX wieku ciągłość narracji, która nas — europejczyków — stanowiła. Tak jak przesraliśmy historię Zygfryda, tak przesraliśmy wszystko co wynieśliśmy z dziedzictwa Oświecenia — wiarę w człowieka i jego rozum. Dla naszych dzieci to wszystko będzie w porównaniu z mądrościami z uniwersytetu Youtube tyle warte co dla mitycznych arturiańskich wojów sterty kamieni rzymskich warowni.


A potem przyjdą jacyś inni (np. z Chin) i nie uronią łezki. Bo czemu by mieli.

Obiektywnie rzecz biorąc — tak mielą młyny historii. Tak się toczą dzieje.

Subiektywnie: pozwolę sobie zapłakać nad historią Zygfryda i Brunhildy. Cóż, że nawet Niemcy nie wiedzą, kto to.

Tym bardziej, w sumie…

01.09.2012

Obejrzałem właśnie W ciemności i, kompletnie abstrahując od treści filmu, absolutnie zrobiła mi jego warstwa językowa. Ten genialny miszmasz kresowej polszczyzny, ukraińskiego, jidysz i niemieckiego, gdzie każdy mówi po swojemu a i tak (prawie) wszyscy wszystko rozumią.

Zrobiłem się ostatnio jakiś wrażliwy na dialekty. Chyba od czasu, kiedy czytając reportaże Wańkowicza odkryłem jak bardzo innym od dzisiejszych standardów językiem można było wówczas pisać nadal pozostając w kręgu języka literackiego. Jak wiele trendów, wpływów, źródeł zapożyczeń się zderzało. I w jakiej językowej urawniłowce żyjemy dzisiaj.

Ale relikty pozostały. Nie tylko poznańskie "tej" czy krakowskie "zdupcaj". Nawet tereny nie mające swojej oficjalnie uznanej gwary pozostawiają na słownictwie, intonacji, akcencie "osad".

Niedawno, na imprezie w Berlinie usłyszałem, że podobno w moim akcencie nadal słychać wschodnie pochodzenie. Poczułem się wręcz dumny.

Pielęgnujmy te osady, naleciałości, różnice. Włączajmy je do grupowych slangów i do idiolektów. Nie pozwólmy zamienić się językowi polskiemu w wyjałowioną monokulturę. Różnijmy się, bo dzięki temu jest ciekawiej i piękniej (#pięknoidobro). A zrozumiemy się przecież i tak.

09.08.2012

Ledwo napisałem notkę o kolokwialnym języku polskich dziennikarzy, a tu dzisiaj znów przy lekturze Polityki trafiam w tekście Ryszarda Koziołka o Kraszewskim na takie cóś:

Śledztwo prowadzili kultowi prześladowcy wileńskiej młodzieży: Nowosilcow, Pelikan i Botwinko.

Kultowi prześladowcy wileńskiej młodzieży?

Kultowi?

WTF?

Autor jest profesorem, pracuje w Zakładzie Historii Literatury (sic!) Poromantycznej Uniwersytetu Śląskiego. Jest laureatem Nagrody Literackiej (sic!) Gdynia w dziedzinie eseistyki.

07.08.2012

Rafał Stec pisze w Magazynie Świątecznym Gazety Wyborczej o Oskarze Pistoriusie per "facet".

W Polityce - bądź co bądź najlepszym polskim tygodniku opinii - czytam w artykule z tych poważnych, że jakiś tam adres w Warszawie był "niezłą miejscówką".

Panowie dziennikarze, jak piszecie blogowym/kolokwialnym/ziomalskim językiem to nie dziwcie się potem, że ludzie chcą wam płacić tyle co blogerom.

18.07.2012

Jakoś tak w czerwcu lektor w S-Bahnach mówiąc o możliwościach przesiadek zaczął dumnie kierować podróżnych na nowe lotnisko Berlin-Brandenburg International.

Wczoraj zauważyłem, że znów mówi o Schönefeld…

10.06.2012

schwerbelastungskörper

Postawiony w latach 1941-42 roku cylinder z litego betonu. Podstawa jest nieco węższa, więc jego 12650 ton naciska na równe sto metrów kwadratowych podłoża. Chodziło o sprawdzenie, czy berliński grunt w ogóle jest w stanie udźwignąć gargantuiczne projekty Alberta Speera. Cylinder, zwany też "nogą słonia", stoi niedaleko miejsca w którym miał stanąć łuk tryumfalny - centralna dominanta alei prowadzącej z Hali Ludowej do nowego dworca głównego (mniej więcej w miejscu dzisiejszego Südkreuza).

Doświadczenie wykazało, że bez specjalnego wzmocnienia podłoża budynki prawdopodobnie by runęły (w ciągu dwóch lat kloc zapadł się w gruncie o prawie 20 cm).

Słoniową Nogę można zwiedzać za darmo w sezonie letnim. Niestety godziny otwarcia są mało przyjazne (w godzinach roboczych na tygodniu). Jeśli trafi mi się jakiś wolny dzień urlopu w Berlinie bez lepszego pomysłu, to spróbuję zrobić zdjęcia wewnątrz.





Przy okazji sprawdzania technicznych detali konstrukcji odkryłem, że trójkąt pomiędzy stacjami Yorckstrasse, Südkreuz i Schöneberg to tzw. "czerwona wyspa" - dzielnica o starych lewackich tradycjach. Jakoś doskonale to koreluje z nazistowskim planem wyburzenia jej całkowicie pod budowę nowej Germanii - stolicy Świata.

18.05.2012

stoi na stacji…

Jak już parę razy na blogu wspominałem, mam duży sentyment do kolei. Moi dziadkowie byli kolejarzami. Kiedy byłem mały, babcia pracowała w parowozowni. Czasami ją tam odwiedzaliśmy. Bawiłem się wówczas przed budką - tzw. smarownią, w której kwitowała i wydawała maszynistom tłustą oliwę.

Od czasu do czasu zza budki wyjeżdżał dymiący i sapiący parowóz. Wjeżdżał na obrotnicę. Pan z obrotnicy pozwalał mi wówczas wejść do swojej budki i razem z potężną stalową maszyną robiliśmy kilka honorowych rundek dookoła. Kręcić się na karuzeli razem z takim potworem - jeśli jest się pięcioletnim chłopcem, takiego czegoś nie zapomina się już nigdy.

Będąc ostatnio w sztetl zrobiłem sobie mały urban exploring. I stojąc pośród tych ruin, pamiętając to miejsce pełne ludzi, ruchu, maszyn, zapachu stali, oleju, węgla… poczułem się dinozaurem.

Cały ten teren aż do budynków zajmowało torowisko, na którym stały jakieś niemożliwe do ogarnięcia ilości rozmaitych lokomotyw - wielkich zielonych "gagarinów", małych manewrowych spalinówek, średnich żółtych "rumunów" i przede wszystkim - parowozów. Był też pług śnieżny, którego tak na oko ze trzy razy wyższa ode mnie "szufla" budziła mój respekt przemieszany ze strachem.

Smarownia stała pod tym drzewem.

Tu wjeżdżały parowozy.

Tyle pozostało po obrotnicy.


Kanały remontowe. Nigdy nie odważyłem się zejść pod parowóz. Tzn. wówczas. Teraz już tak, ale dopiero w berlińskim Muzeum Techniki.

Tu były pomieszczenia socjalne dla maszynistów. Pamiętam kran z którego leciała gorąca kawa (chyba zbożowa).


Co ciekawe, na terenie parowozowni dogorywa… przedwojenny wagon berlińskiego S-Bahnu (zdjęcie zrobione przez Czarka z forum Odkrywca.pl):
Pewna liczba tego typu taboru trafiła do Polski w ramach reparacji wojennych albo po prostu łupu. Jeździły na trasach trójmiejskiej SKM do czasu przerobienia jej z systemu trzeciej szyny (takiego samego jak do dzisiaj w Berlinie) na trakcję napowietrzną. Potem jeździły jako wagony techniczne. A dzisiaj - jak widać.

29.04.2012

Uważam, że powinniście oczywiście przeprowadzić eksperymentalne naloty z bombami gazowymi, szczególnie z gazem musztardowym, co będzie karą dla krnąbrnych tubylców, ale nie spowoduje u nich ciężkich ran.


(…)


Nie rozumiem tego przewrażliwienia na punkcie użycia gazu. Jestem jak nakbardziej za tym, żeby używać trujących gazów przeciwko niecywilizowanym plemionom. Efekt psychologiczny będzie w tym wypadku tak dobry, że przypadki śmierci powinny być ograniczone do minimum. Nie ma przecież potrzeby używać tylko najbardziej zabójczych gazów. Wystarczą takie, które wywołują silne dolegliwości i sieją panikę, ale nie powodują poważnych ani trwałych efektów zdrowotnych.

Chemiczny Ali? Blisko (tak, tak, mowa o ludności dzisiejszego Iraku), ale jednak nie.

Winston Churchill.


Cytaty za: Nowy wspaniały Irak, Mariusz Zawadzki

03.04.2012

Wizyty w miastach w których kiedyś się mieszkało, mają w sobie coś dziwnego - nieokreśloność Twojego statusu.

Jestem tu. Wiem gdzie jestem. Nie potrzebuję pytać o drogę. Nie jestem turystą. Nie dam się naciąć taksówkarzowi, nawet wziętemu z lotniska (nie ma lepszej metody na zgaszenie głupich pomysłów marszrutowych niż "nooo, w sumie to na weekend, mieszkałem tu, starych kumpli wpadłem odwiedzić; a w tym starym forcie tu to dalej działa skład wina?"). Po tych ulicach jeździłem rowerem, tym tramwajem do pracy a tamtym do Tesco. Na podstawie kilku punktów orientacyjnych w każdej dzielnicy poradzę sobie w pięć sekund z orientacją i zewsząd wszędzie dotrę. Znam nawet kilka fajnych knajp, które wciąż jeszcze istnieją. Wiem gdzie zjeść, gdzie wypić, gdzie kupić, gdzie odpocząć.

Ale już plączą mi się nazwy ulic. Krupnicza to ta, przy której… a nie, to była Krupnicza w innym mieście.

O, ten tramwaj już nie jeździ tą trasą?

Pasaż N.? To tam się teraz chodzi na klabing? A gdzie to w ogóle jest? Nie, nie za moich czasów…

To ile teraz kosztuje bilet na tramwaj? Za bagaż się nie płaci? O pacz pan. Od kiedy? Od pięciu lat? O masz ci los.

Już nie swój. Ale przecież wciąż jednak nie turysta.

Obywatel plug-out.