19.04.2015

diabolus in musica, czyli o strojach słów kilka

Od kilku bodajże lat krąży po internetsach, najpierw w wersji angielskiej a od jakiegoś czasu także w polskiej, zabawna teoria spiskowa o tym jak to podwyższono strój z A = 432 Hz do 440 Hz. Oczywiście sam tekst każdej zdrowo myślącej osobie zaśmiergnie od razu niuejdżowo-sekciarskim mambodżambo. Tym niemniej, biorąc pod uwagę, że nawet wielu moim znajomym temat jest kompletnie obcy, o generale publicznym nie wspominając, postanowiłem napisać notkę debunkującą te rewelacje.

Nie zamierzam oczywiście polemizować z metafizyczną częścią teorii. Jeśli dla kogoś określone częstotliwości mają religijny wymiar — jego sprawa. Każdemu jego porno, jak mawiają moi znajomi. Tym niemniej sam tekst jest o tyle zabawny i problematyczny zarazem, że dotyczy rzeczy, które naprawdę miały i mają miejsce, choć niekoniecznie z tych powodów i inspiracji tych kręgów lejących wodę na wiadome koła młyńskie, jak się tam twierdzi. A i cała teoria jest z palca wyssana.

Do rzeczy więc. Mamy zatem teorię spiskową, która zasadza się na twierdzeniu iż 1) niegdyś grano w stroju A = 432 Hz a 2) dzisiaj w 440 Hz.

Tak się śmiesznie składa, że oba te założenia są fałszywe, choć pierwsze dużo bardziej niż drugie.

Od początku więc. W jakim zatem stroju grano niegdyś? Otóż po prostu w różnym. Generalnie w jakim kto chciał (i mógł wymusić na innych), w granicach możliwości instrumentów. W czasach nam współcześniejszych (ale ciągle jakieś 400 lat temu) strój dla okolicy najczęściej wyznaczał instrument najtrudniejszy do przestrojenia, czyli organy w najbliższym kościele.

Żadnego mitycznego uniwersalnego A = 432 Hz nigdy nie było.

Fakt faktem natomiast, że dość często strojono niżej niż dziś (ale i czasami wyżej).

W miarę cywilizowania się tego zakątka świata, podejmowano też mniej lub bardziej udane próby ustalenia wspólnego, oficjalnego stroju. To zawsze była dość ważna rzecz, bo wpływała bezpośrednio na konstrukcję instrumentów, zwłaszcza tych dużych, najbardziej prestiżowych, najtrudniejszych do przestrojenia i najdroższych, czyli organów. Skrzypce można przestroić zawsze (ale też w granicach rozsądku!), w pięć minut, organy… no cóż, to już wymaga sprowadzenia nielichego fachowca.

Tak czy owak, próby standardyzacji były czynione, w końcu od tego jest państwo, żeby miało króla, ściągało podatki i ustalało normy. I tak jak to ze wszystkim wówczas bywało, standardy były różne. Inaczej stroiła szkoła angielska, inaczej francuska, inaczej włoska, otwocka i falenicka. A w Niemczech to nawet innego stroju używano do wykonywania muzyki wokalnej (Chorton) a innego do kameralnej (Kammerton — tak, zgadliście, stąd słowo kamerton). Do wokalnej niżej, do salonowej wyżej.

I tu dochodzimy do kolejnej zagwozdki ze strojami. Otóż jak popatrzymy na to z perspektywy historycznej (a możemy, bo mamy w muzeach zachowane stare kamertony), to widzimy stałe parcie do podwyższania stroju. To wynika z dwóch przyczyn. Po trochu z naturalnej tendencji muzyków, do grania coraz wyżej. Dla naszego ucha bardziej bolesne jest, kiedy muzyk nie sięgnie wysokiego dźwięku, niż kiedy przestrzeli w górę*. I to łączy się z tą drugą — granie wyżej jest po prostu bardziej ekspresywne. Im wyższy krzyk, tym dramatyczniejszy. Parcie w górę jest budowaniem napięcia, schodzenie w dół — jego rozładowywaniem. Wie o tym każdy, kto kiedykolwiek pokusił się o przemyślenie pod względem formalnym jakiejkolwiek solówki jazzowej czy rockowej. Im wyżej, tym mocniej. Muzyczny orgazm to często sięgnięcie najwyższego dźwięku.

Do tego, od kiedy ukonstytuował się skład orkiestry symfonicznej, doszło jej brzmienie, zdominowane przez sekcję smyczkową. Zwłaszcza instrumenty smyczkowe grają tym "lepiej" (donośniej, bardziej klarownie, dramatycznie, soczyście) im wyżej są strojone.

Pitch inflation, która zaczęła się już w siedemnastym wieku, była więc w gruncie rzeczy odpowiednikiem współczesnej loudness war. Jak tą samą muzyką klepnąć słuchacza bardziej? Zagrać ją wyżej (głośniej się już często nie dało, wzmacniaczy nie było).

Czynnikiem hamującym zawsze byli śpiewacy. Cóż, oni muszą to wszystko udźwignąć na własnych strunach głosowych. Stąd choćby ten osobny strój do muzyki wokalnej i salonowej w dawnych Niemczech.

Skąd zatem wzięło się to 432 Hz z naszej niuejdżowej teorii spiskowej?

No własnie niespecjalnie wiadomo skąd. 432 Hz (zaokrąglając oczywiście) było obowiązującym strojem w różnych miejscach, w różnych czasach (tak jak kilkadziesiąt innych). Ale nigdy nie jedynym oficjalnie obowiązującym. Nie było żadnego mitycznego "kiedyś tak a dzisiaj inaczej".

Autor tejże teorii tłumaczy, że przy tym stroju dźwięk C ma równo 256 Hz, co jest oczywiście okrągłą liczbą dla każdego geeka. To prawda, idea, aby C było potęgą dwójki wyrażoną w hercach, była nawet podstawą dla stroju naukowego, postulowanego swojego czasu jako "strój Verdiego". Tyle, że on się nigdy i nigdzie nie przyjął jako oficjalna norma. A zresztą, gdyby nawet przyjąć 256 Hz jako C, to A wcale nie byłoby równe 432 Hz tylko 430.54 Hz.

A czy dzisiaj gra się zawsze w 440 Hz?

Otóż nie zawsze. Na 440 Hz są oczywiście domyślnie strojone wszystkie instrumenty elektroniczne (co nie znaczy, że nie można ich przestrajać)**. Muzyka z ich wykorzystaniem najczęściej jest więc grana w tym stroju. W ten sposób pitch inflation w muzyce popularnej została w zasadzie zatrzymana. Jednak orkiestry symfoniczne bardzo często grają dzisiaj w stroju 443 Hz. Z kolei zespoły wykonujące muzykę barokową na instrumentach z epoki lub ich replikach najczęściej grają w 415 Hz, choć zdarzają się nagrania w których na podstawie mniej lub bardziej uzasadnionych teorii muzykologicznych stosuje się inne stroje. Zresztą nawet w muzyce rockowej bywa różnie — np. porównując The Wall Pink Floydów z moim cyfrowym pianinem stwierdziłem, że jest nagrane nieco niżej niż norma przewiduje, pewnie w okolicach 435 Hz, co zapewne wynika z wykorzystania w kilku utworach orkiestry symfonicznej grającej właśnie w takim stroju.

No to co z tym "przestrajaniem" istniejących utworów na niższy strój?

Zasadniczo każdemu jego porno. Jeśli ktoś lubi takie zabawy to czemu nie. Tak jak już wspomniałem powyżej, muzyka grana w wyższym stroju rzeczywiście brzmi agresywniej i intensywniej. Tony niższe są spokojniejsze, kojące, stąd tendencja stacji radiowych do modulowania głosów spikerów na ciepłą, niską "radiową" barwę. Ja osobiście uważam, że muzyki należy słuchać w takim stroju, w jakim skomponował/nagrał/wykonał ją autor/muzyk. Ale jeśli ktoś już chce się w to bawić, to musi pamiętać, że primo: 432 Hz nie jest żadną magiczną częstotliwością pozwalającą osiągnąć jedność z bóstwem czy nawet matematycznym absolutem, secundo zaś: domniemanie, że na wejściu zawsze mamy do czynienia z 440 Hz też może być zwodnicze.

Samo istnienie w historii muzyki dającej się udowodnić tendencji do podwyższania stroju (i walka śpiewaków z tą tendencją) dowodzi, że problem jest realny. Teoretycznie zawsze można napisać utwór o pół tonu niżej, ale dobór tonacji nie jest przezroczysty dla muzyków, rodzi określone problemy wykonawcze. Na obniżenie ustawowej wysokości dźwięku A raczej nie możemy liczyć (aczkolwiek przyjąłbym ją z chęcią, choć z powodów historyczno-muzykologicznych a nie spiskowo-mistycznych), ale z drugiej strony rozpowszechnienie się komputerów i instrumentów elektronicznych raczej skutecznie zatrzymało tą tendencję na długi czas.

Reasumując, ani 432 Hz nie jest żadnym świętym Graalem, boską, historycznie prawidłową czy "naturalną" wysokością, ani też 440 Hz nie jest kolejnym narzędziem, za pomocą którego reptilianie, masoni, Żydzi i cykliści próbują nas kontrolować. To po prostu efekt kompromisu pomiędzy tendencjami dyrygentów wynikającymi z jak najbardziej przyziemnych i prozaicznych powodów, a potrzebą standardyzacji pewnych rzeczy w globalnej wiosce. Kompromisu oczywiście nikogo nie zadowalającego w 100%, ale to właśnie cecha dobrych kompromisów.

__
* - Dorota Kozińska pokazała mi jakiś czas temu przedwojenne nagranie Tako rzecze Zaratustra Straussa, gdzie orkiestra zapamiętała się tak, że kiedy w kulminacyjnym akordzie weszły organy to okazało się, że cała jest prawie pół tonu nad nimi. Takie rzeczy zdarzały się, kiedy jeszcze muzycy rozumieli co grają.

** - Nota bene początkowo miało to być 439 Hz, ale właśnie ze względu na konstrukcję generatorów elektronicznych stanęło na okrąglejszej liczbie 440.