01.09.2012

Obejrzałem właśnie W ciemności i, kompletnie abstrahując od treści filmu, absolutnie zrobiła mi jego warstwa językowa. Ten genialny miszmasz kresowej polszczyzny, ukraińskiego, jidysz i niemieckiego, gdzie każdy mówi po swojemu a i tak (prawie) wszyscy wszystko rozumią.

Zrobiłem się ostatnio jakiś wrażliwy na dialekty. Chyba od czasu, kiedy czytając reportaże Wańkowicza odkryłem jak bardzo innym od dzisiejszych standardów językiem można było wówczas pisać nadal pozostając w kręgu języka literackiego. Jak wiele trendów, wpływów, źródeł zapożyczeń się zderzało. I w jakiej językowej urawniłowce żyjemy dzisiaj.

Ale relikty pozostały. Nie tylko poznańskie "tej" czy krakowskie "zdupcaj". Nawet tereny nie mające swojej oficjalnie uznanej gwary pozostawiają na słownictwie, intonacji, akcencie "osad".

Niedawno, na imprezie w Berlinie usłyszałem, że podobno w moim akcencie nadal słychać wschodnie pochodzenie. Poczułem się wręcz dumny.

Pielęgnujmy te osady, naleciałości, różnice. Włączajmy je do grupowych slangów i do idiolektów. Nie pozwólmy zamienić się językowi polskiemu w wyjałowioną monokulturę. Różnijmy się, bo dzięki temu jest ciekawiej i piękniej (#pięknoidobro). A zrozumiemy się przecież i tak.