01.09.2012

Obejrzałem właśnie W ciemności i, kompletnie abstrahując od treści filmu, absolutnie zrobiła mi jego warstwa językowa. Ten genialny miszmasz kresowej polszczyzny, ukraińskiego, jidysz i niemieckiego, gdzie każdy mówi po swojemu a i tak (prawie) wszyscy wszystko rozumią.

Zrobiłem się ostatnio jakiś wrażliwy na dialekty. Chyba od czasu, kiedy czytając reportaże Wańkowicza odkryłem jak bardzo innym od dzisiejszych standardów językiem można było wówczas pisać nadal pozostając w kręgu języka literackiego. Jak wiele trendów, wpływów, źródeł zapożyczeń się zderzało. I w jakiej językowej urawniłowce żyjemy dzisiaj.

Ale relikty pozostały. Nie tylko poznańskie "tej" czy krakowskie "zdupcaj". Nawet tereny nie mające swojej oficjalnie uznanej gwary pozostawiają na słownictwie, intonacji, akcencie "osad".

Niedawno, na imprezie w Berlinie usłyszałem, że podobno w moim akcencie nadal słychać wschodnie pochodzenie. Poczułem się wręcz dumny.

Pielęgnujmy te osady, naleciałości, różnice. Włączajmy je do grupowych slangów i do idiolektów. Nie pozwólmy zamienić się językowi polskiemu w wyjałowioną monokulturę. Różnijmy się, bo dzięki temu jest ciekawiej i piękniej (#pięknoidobro). A zrozumiemy się przecież i tak.

09.08.2012

Ledwo napisałem notkę o kolokwialnym języku polskich dziennikarzy, a tu dzisiaj znów przy lekturze Polityki trafiam w tekście Ryszarda Koziołka o Kraszewskim na takie cóś:

Śledztwo prowadzili kultowi prześladowcy wileńskiej młodzieży: Nowosilcow, Pelikan i Botwinko.

Kultowi prześladowcy wileńskiej młodzieży?

Kultowi?

WTF?

Autor jest profesorem, pracuje w Zakładzie Historii Literatury (sic!) Poromantycznej Uniwersytetu Śląskiego. Jest laureatem Nagrody Literackiej (sic!) Gdynia w dziedzinie eseistyki.

07.08.2012

Rafał Stec pisze w Magazynie Świątecznym Gazety Wyborczej o Oskarze Pistoriusie per "facet".

W Polityce - bądź co bądź najlepszym polskim tygodniku opinii - czytam w artykule z tych poważnych, że jakiś tam adres w Warszawie był "niezłą miejscówką".

Panowie dziennikarze, jak piszecie blogowym/kolokwialnym/ziomalskim językiem to nie dziwcie się potem, że ludzie chcą wam płacić tyle co blogerom.

18.07.2012

Jakoś tak w czerwcu lektor w S-Bahnach mówiąc o możliwościach przesiadek zaczął dumnie kierować podróżnych na nowe lotnisko Berlin-Brandenburg International.

Wczoraj zauważyłem, że znów mówi o Schönefeld…

10.06.2012

schwerbelastungskörper

Postawiony w latach 1941-42 roku cylinder z litego betonu. Podstawa jest nieco węższa, więc jego 12650 ton naciska na równe sto metrów kwadratowych podłoża. Chodziło o sprawdzenie, czy berliński grunt w ogóle jest w stanie udźwignąć gargantuiczne projekty Alberta Speera. Cylinder, zwany też "nogą słonia", stoi niedaleko miejsca w którym miał stanąć łuk tryumfalny - centralna dominanta alei prowadzącej z Hali Ludowej do nowego dworca głównego (mniej więcej w miejscu dzisiejszego Südkreuza).

Doświadczenie wykazało, że bez specjalnego wzmocnienia podłoża budynki prawdopodobnie by runęły (w ciągu dwóch lat kloc zapadł się w gruncie o prawie 20 cm).

Słoniową Nogę można zwiedzać za darmo w sezonie letnim. Niestety godziny otwarcia są mało przyjazne (w godzinach roboczych na tygodniu). Jeśli trafi mi się jakiś wolny dzień urlopu w Berlinie bez lepszego pomysłu, to spróbuję zrobić zdjęcia wewnątrz.





Przy okazji sprawdzania technicznych detali konstrukcji odkryłem, że trójkąt pomiędzy stacjami Yorckstrasse, Südkreuz i Schöneberg to tzw. "czerwona wyspa" - dzielnica o starych lewackich tradycjach. Jakoś doskonale to koreluje z nazistowskim planem wyburzenia jej całkowicie pod budowę nowej Germanii - stolicy Świata.

18.05.2012

stoi na stacji…

Jak już parę razy na blogu wspominałem, mam duży sentyment do kolei. Moi dziadkowie byli kolejarzami. Kiedy byłem mały, babcia pracowała w parowozowni. Czasami ją tam odwiedzaliśmy. Bawiłem się wówczas przed budką - tzw. smarownią, w której kwitowała i wydawała maszynistom tłustą oliwę.

Od czasu do czasu zza budki wyjeżdżał dymiący i sapiący parowóz. Wjeżdżał na obrotnicę. Pan z obrotnicy pozwalał mi wówczas wejść do swojej budki i razem z potężną stalową maszyną robiliśmy kilka honorowych rundek dookoła. Kręcić się na karuzeli razem z takim potworem - jeśli jest się pięcioletnim chłopcem, takiego czegoś nie zapomina się już nigdy.

Będąc ostatnio w sztetl zrobiłem sobie mały urban exploring. I stojąc pośród tych ruin, pamiętając to miejsce pełne ludzi, ruchu, maszyn, zapachu stali, oleju, węgla… poczułem się dinozaurem.

Cały ten teren aż do budynków zajmowało torowisko, na którym stały jakieś niemożliwe do ogarnięcia ilości rozmaitych lokomotyw - wielkich zielonych "gagarinów", małych manewrowych spalinówek, średnich żółtych "rumunów" i przede wszystkim - parowozów. Był też pług śnieżny, którego tak na oko ze trzy razy wyższa ode mnie "szufla" budziła mój respekt przemieszany ze strachem.

Smarownia stała pod tym drzewem.

Tu wjeżdżały parowozy.

Tyle pozostało po obrotnicy.


Kanały remontowe. Nigdy nie odważyłem się zejść pod parowóz. Tzn. wówczas. Teraz już tak, ale dopiero w berlińskim Muzeum Techniki.

Tu były pomieszczenia socjalne dla maszynistów. Pamiętam kran z którego leciała gorąca kawa (chyba zbożowa).


Co ciekawe, na terenie parowozowni dogorywa… przedwojenny wagon berlińskiego S-Bahnu (zdjęcie zrobione przez Czarka z forum Odkrywca.pl):
Pewna liczba tego typu taboru trafiła do Polski w ramach reparacji wojennych albo po prostu łupu. Jeździły na trasach trójmiejskiej SKM do czasu przerobienia jej z systemu trzeciej szyny (takiego samego jak do dzisiaj w Berlinie) na trakcję napowietrzną. Potem jeździły jako wagony techniczne. A dzisiaj - jak widać.

29.04.2012

Uważam, że powinniście oczywiście przeprowadzić eksperymentalne naloty z bombami gazowymi, szczególnie z gazem musztardowym, co będzie karą dla krnąbrnych tubylców, ale nie spowoduje u nich ciężkich ran.


(…)


Nie rozumiem tego przewrażliwienia na punkcie użycia gazu. Jestem jak nakbardziej za tym, żeby używać trujących gazów przeciwko niecywilizowanym plemionom. Efekt psychologiczny będzie w tym wypadku tak dobry, że przypadki śmierci powinny być ograniczone do minimum. Nie ma przecież potrzeby używać tylko najbardziej zabójczych gazów. Wystarczą takie, które wywołują silne dolegliwości i sieją panikę, ale nie powodują poważnych ani trwałych efektów zdrowotnych.

Chemiczny Ali? Blisko (tak, tak, mowa o ludności dzisiejszego Iraku), ale jednak nie.

Winston Churchill.


Cytaty za: Nowy wspaniały Irak, Mariusz Zawadzki

03.04.2012

Wizyty w miastach w których kiedyś się mieszkało, mają w sobie coś dziwnego - nieokreśloność Twojego statusu.

Jestem tu. Wiem gdzie jestem. Nie potrzebuję pytać o drogę. Nie jestem turystą. Nie dam się naciąć taksówkarzowi, nawet wziętemu z lotniska (nie ma lepszej metody na zgaszenie głupich pomysłów marszrutowych niż "nooo, w sumie to na weekend, mieszkałem tu, starych kumpli wpadłem odwiedzić; a w tym starym forcie tu to dalej działa skład wina?"). Po tych ulicach jeździłem rowerem, tym tramwajem do pracy a tamtym do Tesco. Na podstawie kilku punktów orientacyjnych w każdej dzielnicy poradzę sobie w pięć sekund z orientacją i zewsząd wszędzie dotrę. Znam nawet kilka fajnych knajp, które wciąż jeszcze istnieją. Wiem gdzie zjeść, gdzie wypić, gdzie kupić, gdzie odpocząć.

Ale już plączą mi się nazwy ulic. Krupnicza to ta, przy której… a nie, to była Krupnicza w innym mieście.

O, ten tramwaj już nie jeździ tą trasą?

Pasaż N.? To tam się teraz chodzi na klabing? A gdzie to w ogóle jest? Nie, nie za moich czasów…

To ile teraz kosztuje bilet na tramwaj? Za bagaż się nie płaci? O pacz pan. Od kiedy? Od pięciu lat? O masz ci los.

Już nie swój. Ale przecież wciąż jednak nie turysta.

Obywatel plug-out.

23.03.2012

merc

Zaliczyłem wczoraj takiego zonka jak dawno w Berlinie.

Otóż Merc zdradził był jakiś czas temu mój ukochany Radialsystem V z Berghainem. Jedni są z tego faktu nawet zadowoleni (w końcu Berghain to swego czasu najbardziej lansiarski klub w Berlinie - jeśli komuś jeszcze nie ringuje bell, przypominam aferę wokół Axolotl Roadkill; jeśli nadal nie ringuje sugeruję naciśnięcie japko+w czy co tam macie w zamian), inni wprost przeciwnie.

Mi skoczył gul wczoraj, kiedy przed wejściem na koncert Zeitkratzera zostałem przeszukany jak przed wejściem do klubu.

Nie chodzi nawet o to, że wczoraj prosto z pracy poszedłem do filharmonii a potem znienacka (jeszcze raz dankeschöny dla Doroty Kozińskiej) dopiero do Berghainu i w związku z tym mogłem mieć przy sobie tony rzeczy których z reguły nie wolno wnosić do samolotów… pardon klubów, np. zakupy na następny dzień z flaszką wina, albo ostry korkociąg, albo nóż. O pardon, korkociąg wniosłem. I nie tylko. Ale nie o to chodzi. O zasadę chodzi.

Jeśli wybieram się na disko to wiem, że idę na disko. Jeśli zaś idę na koncert organizowany przez festiwal muzyki współczesnej to niezależnie od tego gdzie by się on nie odbywał, oczekuję zasad takich jak na festiwalach muzyki współczesnej. Czyli mniej więcej takich jak w filharmonii. Nikt mnie przy wejściu do filharmonii nie obmacuje ani nie zagląda mi do torby, DKN! Przecież jeżeli Berliner Festspiele wynajmuje cały klub dla swojej publiczności to de facto on jest na ten moment przedłużeniem Maerzmusika a nie pierdolnikiem dla nastolatków jak na co dzień.

Oczywiście nie zarzucam nic Berghainowi. Ich miejsce - ich zasady. Żal mam do Berliner Festspiele, że wynajmując klub w całości dla siebie dali sobie, a de facto publiczności - dorosłym ludziom na jakimś bądź co bądź poziomie - narzucić warunki obowiązujące w dyskotekach.

To jest żal oczywiście bezsilny niczym sarkanie na #upadekprasypapierowej. Merc schodzi na psy, co widać już po wyglądzie książki programowej (Dorota, ja to dostałem pocztą, co roku dostaję, ale mnie po prostu zatkało, że to jest program a nie jakiś darmowy folder rozsyłany pocztą komubądź!). Berlin zbankrutował dawno temu, ale próbował trzymać fason. Teraz jest kryzio i zbankrutowało wszystko, łącznie z fasonem. Trudno. Takie życie.

Wczorajszy wieczór osłodziły mi dwie rzeczy.

Najważniejszą był koncert Zeitkratzera, a raczej jego druga połowa z Elliottem Sharpem, której nie oddadzą żadne zdjęcia



ani amatorskie filmiki.



Drugą, choć pierwszą w kolejności chronologicznej, był widok dziuń, które odchodziły od drzwi nie dlatego, że nie przeszły door selectah, tylko bo tam jest jakiś koncert… muzyki współczesnej! Ten bazylich, którego mi sprzedały widząc, że zmierzam tam ubrany w marynarkę - bezcenny!

Bo za oczy Eldricha Palmera zapłaciłem MasterCardem.

22.03.2012

nie warto rozmawiać

plgelabjr

@jb
Szczerze - wątpię, czy kiedykolwiek ją miałeś. W ogóle zdarza Ci się, no wiesz, tak po prostu usiąść z książką dla przyjemności?

No wiesz, owszem, codziennie.



jb

Sprawdzam. O czym była ostatnia, czy Ci się podobała i dlaczego. Nie odpowiesz - wylecisz.



plgelabjr

Ojej, jak w przedszkolu. Była o Sherlocku, podobała bardzo, bo niesamowicie fajne było wychwytywanie aluzji w Sherlocku Moffata (właściwie tylko po to czytałam).



jb

No faktycznie nie robi na mnie wrażenia osoby o przesadnie szerokich zainteresowaniach. Koleś uważa, że jest oczytany, bo czyta Sherlocka Holmesa...



zvnfgb-znfn-znfmlan

Koleś uważa, że jest oczytany, bo czyta Sherlocka Holmesa...

No proszę, jak pięknie z odpowiedzi na pytanie "jaką książkę ostatnio przeczytałeś" zrobiło się "koleś uważa, że jest oczytany, bo..."



jb

Odpowiedź była żałosna - a ja jestem za mało naiwny i łatwowierny, żeby kupić wyjaśnienie "ta poprzednia książka była ciekawsza, ale szczerze odpowiedziałem na to, jaka była ostatnio".

…nie tylko z Pospieszalskim.

Skróty dyskusji moje. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób i blogów całkowicie zamierzone.

18.02.2012

Fejsbuk nagle odkrył akcję Joshui Bella sprzed ładnych paru lat. #mamotymnotkę ale będę miał jeszcze jedną. Bo od tego czasu widziałem jeszcze dwie podobne akcje.

Jedna z nich to genialny w swojej prostocie "flashmob" z Bolerem Ravela na dworcu centralnym w Kopenhadze. Druga, to koncert muzyki współczesnej na berlińskim Hauptbahnhofie, na który przypadkiem trafiłem.

I co?

I ludzie zatrzymywali się. Podchodzili. Słuchali. Jeszcze o ile Bolero to każdemu znany hicior, to w Berlinie słuchali muzyki przed którą wielu melomanów ucieka w filharmonii - współczechy, rzeźni, huty.

Czym się te dwa wydarzenia różnią od eksperymentu Bella i Weingartena? Tym, że one były zrobione na dworcach kolejowych, gdzie ludzie mają czas (bo czekają w poczekalniach). A nie na stacji metra gdzie ludzie przeskakują z pociągu do pociągu pijąc w biegu kawę i usiłując się po drodze do fabryki obudzić.

Proste.

Już Kohelet parę tysięcy lat temu napisał: Jest czas słuchania Bacha na Stradivariusie i czas napieprzania Clawfingerem z iPoda. I są to dwa różne czasy.

Więc darujcie sobie powielanie durnego mema, ćwierćinteligenckie komentarze o "kondycji ludzkości" i inne "smuteczki". Zamiast produkować kolejne terabajty głupoty posłuchajcie Bacha. Albo Clawfingera.

11.01.2012

smętarz w pradze

Chciałem napisać, że ostatnia powieść Eco mi się nie podobała i dlaczego, ale jak zwykle okazało się, że wszystko już zostało napisane