04.12.2011

o drugiej w nocy
na mojej ulicy

w jeszczenieotwartej, jeszczenawetnieurządzonej knajpie
płoną świece
przy stolikach siedzą ludzie

a może to dusze?

po której stronie szyby jest świat umarłych?

o drugiej w nocy
na mojej ulicy
któż to wie…

20.11.2011

18.11.2011

vinyl fetish

1. Mam jakieś 4-5 lat. Słucham bajek. Głosy aktorów, podkład muzyczny. Czarny krążek się obraca. Lampa świeci miłym ciepłym światłem. Głęboki, miękki dźwięk z mocnym konturem. Uczę się, co zrobić jak płyta przeskakuje. Jak obsługiwać, żeby nie psuć. Ale też eksperymentuję z różnymi prędkościami obrotu, na zatrzymanej płycie, skreczuję…

2. Jestem nastolatkiem. Odkrywam, że ojcowski adapter ma nie tylko wyjście, ale i wejście - można go użyć jako wzmacniacza. Podłączam Kasprzaka i jest WOW. The Wall przepuszczone przez lampowy wzmacniacz brzmi kompletnie inaczej. Ale to pudełko przecież nadal ma talerz i ramię z igłą. Z rodzicielskiej płytoteki wyrosłem, ale od "turystów" ze wschodu można kupić tanie wydania klasyki rocka. To akurat to, czego właśnie wtedy słucham. Kiedy standardowym nośnikiem są kasety a co bogatsi koledzy zaczynają już męczyć rodziców o wieżę (albo chociaż boom-boxa) z CD, ja kupuję LP - Beatlesów, Led Zepów, moje pierwsze Wish You Were Here

3. Gramofon obiecuję sobie od dawna, jednak odkładam zakup na bliżej nieokreśloną przyszłość. Ale trudno wytrzymać. Przeglądam oferty na Ebayu, robię rozeznanie. Pewnego dnia pojawiają się dwa Duale, licytuję ten starszy z nich. Idzie powyżej zaplanowanego budżetu. Druga aukcja kończy się nazajutrz, nawet nie licytuję - wygląda na dużo nowszy, na pewno pójdzie dużo drożej. O dziwo, nie ma ofert. Dzwonię do kolesia. Dogadujemy się co do ceny i jest. Jest. Mój!

Żyję i pracuję w cyfrowym świecie. W świecie, w którym większość problemów technicznych rozwiązuje się mówiąc: no to dołóżmy więcej RAM-u, dorzućmy 2x tyle serwerów do klastra. W takim świecie analogowość staje się dość oczywistym fetyszem. Fakt, że krążek się kręci, igła ryje winyl na którym fizycznie w postaci wybrzuszeń rowka są zapisane fale dźwiękowe - widać gołym okiem, gdzie muzyka jest gęsta! - bebechowatość tego procesu, konieczność zmagania się z ograniczeniami materiałów, brudem, uszkodzeniami, fizycznymi zjawiskami takimi jak np. skating. Czysta, analogowa, suwakowo-logarytmiczna inżynieria. Z czasów kiedy słowo "inżynier" brzmiało romantycznie, pachniało ujarzmianiem sił natury, zawracaniem biegu rzek, wytyczaniem szlaków w nieznane…

I ta świadomość, że każde przesłuchanie płyty nieodwracalnie ją niszczy…

No i piękno maszyny. Ramię ułożyskowane w dwóch płaszczyznach. Wyważone. Pokrętła do regulacji. Wajchy. Dźwignie. Kręci się, kręci…

Hipnotyzuje…

Gramofon to jedna z najpiękniejszych maszyn stworzonych przez człowieka. Zaraz po parowozie.



Słucham Wish You Were Here z tej samej płyty, z której słyszałem to pierwszy raz, będąc gówniarzem. Igła jedzie po tym samym rowku w tym samym kawałku tworzywa. Który to już raz? Nie policzę, ale słyszę. Wtedy była nowa. Teraz trzeszczy, szumi. Ja też już trzeszczę tu i ówdzie. Trzeszczymy tak sobie razem.

17.11.2011

iPolak

MSZ RP postanowiło być na czasie i wydało appkę na ajfona z informacjami przydatnymi dla obywatela za granicą. Idea bardzo sympatyczna, niestety wykonanie zdradza, że autorzy implementacji stawiają dopiero pierwsze kroki w tej dziedzinie.

W aplikacjach ale także mobilnych serwisach WWW liczy się przede wszystkim wygoda użytkowania. Usability, głupcze!

Na klawiaturze ekranowej komórki nigdy nie będzie się pisało tak szybko jak na zwykłej. Im mniej pisania tym lepiej. Im mniej klików tym lepiej.

iPolak powitał mnie standardowym pytaniem, czy może używać serwisów lokacyjnych. Pozwoliłem mu.

Domyślnym modułem na start jest wybór kraju.

Zaraz zaraz, czy ja przypadkiem przed chwilą nie byłem o coś pytany? Aaa, tak! o serwisy lokalizacyjne.

Oczywiście dostaję listę krajów posortowaną alfabetycznie. Logiczne. Przecież prawdopodobieństwo, ze chcę znaleźć informacje o Afganistanie, Albanii, Algierii, Andorze, Angoli, Antigui i Barbudzie, Arabii Saudyjskiej, Argentynie i Armenii jest dokładnie takie samo, jak każdego innego kraju. Not.

Zaraz zaraz, czy ja nie byłem przypadkiem przed chwilą o coś… Lokalizacja, głupcze!

Po co aplikacja każe mi wybierać z alfabetycznej listy kraj, jeśli wie w jakim kraju jestem? Czy to taka filozofia wybrać go automatycznie? Czy to takie trudne przerzucić na początek listy na przykład:
- najpierw kraj w którym właśnie jestem,
- potem kraje w których polonia jest najliczniejsza,
- a jeszcze potem np. bezpośrednich sąsiadów kraju w którym jestem?

OK. Nie chce mi się przewijać aż do Niemiec. Jest wyszukiwarka. Wklepuję n, i, e i… nic się nie dzieje. Każda znana mi appka już w momencie wprowadzenia pierwszej litery przefiltrowałaby kraje po pierwszej literze. W tym momencie Niemcy miałbym już w polu widzenia a po drugiej literce jako pierwszą pozycję na liście. Ale nie tutaj - iPolak szuka dopiero kiedy wcisnę "Szukaj".

Wchodzę w Niemcy.

Przechodzę na mapę.

Dostaję mapkę wycentrowaną na… Polsce. No tak, to przecież oczywiste. Jestem w Niemczech (appka o tym wie! pozwoliłem!), na sąsiedniej zakładce wybrałem Niemcy ale na pewno interesuje mnie mapa Polski.

To samo na zakładce "Ostrzeżenia". Informacje widoczne dotyczą Maroka, Tajlandii, Nigerii, Trynidadu i Tobago oraz Kenii. I nawet nie ma co się źlić, że nie są przefiltrowane na kraj w którym jestem i który wybrałem wcześniej, bo w ogóle nie ma opcji filtrowania ich. Żeby sprawdzić, czy nie pojawiło się jakieś ostrzeżenie dotyczące kraju w którym jestem, muszę przelecieć wzrokiem całą listę kompletnie niepotrzebnych mi informacji.

Gdybym płacił w Polsce podatki, zapytałbym ile z kieszeni podatnika dostała za tą niedoróbkę firma iServices.pl, ale z wiadomych względów musicie zapytać sami.

02.11.2011

W ramach postanowień przednoworocznych skasowałem konto na Blipie i G+, a listę znajomych na Fejsie okroiłem do osób znanych face2face (z bardzo nielicznymi wyjątkami).

Just FYI.

Nothing personal.

31.10.2011

berek

Z wystawy Obok. Polska - Niemcy. Tysiąc lat historii w sztuce zdjęto film Berek Artura Żmijewskiego. Pomijam całą kwestię politpoprawności i jej granic, zwłaszcza w Niemczech. Moją uwagę zwrócił inny ciekawy kontekst.

Jak czytamy w GW:

Na krótkim filmie Żmijewskiego z 1999 r. w dość ciemnym zamkniętym pomieszczeniu znajduje się grupa nagich ludzi. Jest im zimno, zaczynają się rozgrzewać, biegać, być może za sugestią artysty, a być może spontanicznie reagując na sytuację upokorzenia. Zaczynają bawić się w berka. Chęć odegnania strasznej atmosfery cały czas przeplata się z zażenowaniem, wstydem. Jest w tej grupie dziewczyna, która nie potrafi się bawić, wejść w to, co robi grupa, kręci się po piwnicy z twarzą zasłoniętą rękami.

Film został nagrany w dwóch miejscach - autentycznej komorze jednego z byłych obozów nazistowskich i w zwykłej piwnicy.





Niedaleko Martin-Gropius-Bau, gdzie pokazywana jest wystawa, znajduje się pomnik pomordowanych Żydów Europy. Bardzo często widuję ludzi przysiadających na jego betonowych sarkofagach, jedzących, całujących się, robiących sobie z roześmianą miną zdjęcia na tle kolejnej turystycznej atrakcji, dzieci biegające po i pomiędzy prostopadłościanami… Berek.

Może dlatego Berek Żmijewskiego w tym sąsiedztwie gryzł bardziej niż gdzie indziej?

Fotki: kradzione z sieci

26.10.2011

Parę(naście?) lat temu był taki film Pamiętniki Bridget Jones. W jednej ze scen pojawił się tam Salman Rushdi tylko po to, żeby skonfrontowana z nim główna bohaterka zapytała go o drogę do toalety. I wtedy to było nawet zabawne.

W Północy w Paryżu Allen wziął w obroty… kogóż to on nie wziął.

Mój Boże, ileż to ciekawych scenek z udziałem Hemingwaya i Picassa, albo Dalego, Man Raya i Bunuela, można by wymyśleć. Ile zabawnych kwestii w ich usta włożyć. Ile pikantnych sytuacji zaaranżować. A tu co? Ano nic. Olbrzymie, przepastne, wiejące sztampą na kilometr, z wielkiej litery pisane Nic.

To naprawdę smutne, jak wielu ludzi, o których można by mówić godzinami, musiał Allen wcisnąć do filmu tylko po to, żeby łopatologicznie do bólu wcisnąć widzowi pointę rodem z Coelho.

To był jeden z najsmutniejszych filmów jakie widziałem w tym roku.

06.10.2011

22.09.2011

Jeśli wierzyć snom, studia były najbardziej traumatycznym (pun intended) okresem mojego życia. Dzisiaj jednak, w drodze wyjątku, nie śniło mi się kolokwium o którym zapomniałem, zaliczenie z laborek na które nie chodziłem itp. Tym razem bohaterem były znane chyba wszystkim studentom przepały z szukaniem/załatwianiem lokum. Sen był długi i większości już nie pamiętam. Ale doskonale zapamiętałem moment pomiędzy uświadomieniem sobie "to tylko sen" a obudzeniem się i pytanie:

No dobra, ale to gdzie ja właściwie w tym Wrocławiu mieszkam?

Po szybkim sfalsyfikowaniu jakichś czterech potencjalnych adresów otworzyłem oczy i z ulgą obudziłem się z Berlinie.

02.09.2011

obróbka skrawaniem


muzyka klasyczna