01.02.2016

salome

To naprawdę nie jest tak, że ja jestem jakimś zaciekłym przeciwnikiem uwspółcześniania opery i niemieckiej Regietheater. Ale pierwsza połowa Salome w berlińskiej Deutsche Oper wydawała się ucieleśniać moje najgorsze obawy. Były postaci łażące w łachmanach, były sobowtóry bohaterów, tak, że nie wiadomo kto jest kto, kto umarł a kto nie żyje. Byli statyści poruszający się jak manekiny. I były manekiny. I był Jochanan ubierany w garnitur.

A potem, kiedy akcja przeniosła się do pałacu Heroda, wszystko stało się jasne, oczywiste i nabrało sensu. Znaleźliśmy się w gabinecie Massausfertigungen, czyli w zasadzie — salonie przeróbek krawieckich, ale takim z najwyższej półki. Historia Salome okazała się opowieścią o wykorzystywanej seksualnie przez ojczyma dziewczynie. Tej, która w finale złamie mieszczańską, "garniturową" normalność robiąc coś, co oni wszyscy robią na codzień, ukryci i bezpieczni w swoich cywilizowanych formach, ubraniach i rytuałach.

Absolutnie wstrząsający był Taniec siedmiu zasłon, nie mająca w sobie nic z erotyki pantomima z życia rodziny pozornie układnej, a składającej się z gardzących sobą i krzywdzących się nawzajem osób. Pantomima, w której samą Salome symbolizowało sześć dziewczynek (plus ona sama) w różnym wieku obracanych (dosłownie) przez ubranych na czarno demiurgów rodem z japońskiego teatru Bunraku, oraz równie obracanych przez mieszczańskie konwencje (ale nie tylko przecież…) rodziców.

W modernistycznym do bólu wnętrzu Deutsche Oper, w mieszczańskim do wyrzygania Charlottenburgu zagrało to doskonale. Czy kopnęło? — Sądząc ze srogiego buczenia, jakie rozległo się po finalnych akordach — chyba tak.




O tym, że orkiestra znakomicie dała radę a w kreacji samej Salome nie przeszkodziło nawet to, że wykonująca tę rolę Caterine Naglestad jedynie śpiewała z boku sceny (jej rolę wykonywała na scenie choreografka Sommer Ulrickson), ponieważ na premierze doznała kontuzji (widocznie Jehowa ją pokarał, córę Sodomy, nierządnicę babilońską…), nawet nie wspominam.

W ciągu tego jednego przedstawienia przebyłem drogę od absolutnego zniesmaczenia do zachwytu, i myślę o nim do dziś. To chyba znaczy, że było dobre, choć totalnie różne od tego, czego oczekiwałem. A może właśnie dlatego.

0 komentarze: