30.12.2014

Szczepan Twardoch — Drach

* * * * *
Zacznijmy może od tego, czym Drach nie jest. Nie jest na pewno śląską epopeją i raczej zawiodą się ci, którzy czegoś takiego będą oczekiwać. W tej powieści Śląsk jest tłem, tłem konkretnym, wyrazistym, ale nie wchodzącym w rolę głównego tematu. I bardzo dobrze. Na początku deklaracje autora, że to jest o historii, która mogłaby się wydarzyć gdziekolwiek indziej i gdziekolwiek indziej się wydarzała, ale on wybrał akurat tę, bo akurat stamtąd jest, traktowałem jako podpuchę albo krygowanie się. Ale nie. To prawda. Przekonała mnie o tym jedna ze scen, która mogłaby się wydarzyć na podwórku mojego dziadka, a może nawet się wydarzyła, w zupełnie innym miejscu, w tym samym czasie, tylko trochę później. Wtedy działy się takie historie.

Jest Drach fenomenalnie napisaną sagą rodzinną z historią w tle (w dodatku historią opowiedzianą z innego niż polsko-podręcznikowy punkt widzenia). Z hipnotyczną narracją, prowadzoną z perspektywy wszechwiedzącego, pozaczasowego chtonicznego bóstwa, personifikacji ziemi samej (ale nie śląskiej ziemi, tylko w ogóle). Ciągłe przeskoki czasowe, repetycje, zderzanie ze sobą zdarzeń odległych w czasie ale nie przestrzeni (albo na odwrót) — to wszystko wymaga skupienia czytelnika z jednej strony, ale z drugiej nadaje tej historii, niebędącej przecież thrillerem, dynamizmu. Ale też zamienia monolog Dracha w rodzaj uniwersalnej przypowieści o ludzkim losie. Co samo w sobie jest już środkiem dosyć kozackim, bo stawiającym pisarza w roli mówiącego jak jest.

Twardoch do takiej formy wypowiedzi ma słabość już od jakiegoś czasu. Pozaczasowego narratora mieliśmy już w Wiecznym Grunwaldzie, chwilami odzywał(a) się w Morfinie. Jednak dopiero w Drachu doprowadził tą metodę do ściany, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Bo sięgając po tak mocny środek wyrazu, równocześnie bierze większą odpowiedzialność za słowa narratora. A Drach kłamie.

W co najmniej kilku recenzjach spotkałem się ze stwierdzeniem, że powieść przedstawia dzieje śląskiego rodu rozpięte w latach 1910-2014. Tak, rozpięte. To prawie prawda. W rzeczywistości jednak rdzeń akcji rozgrywa się w latach 1910-1945. Do tego mamy współczesną klamrę rozgrywającą się w 2014. Pomijając kilka pobocznych epizodów sięgających wojen husyckich, czy lat 90-tych XX wieku (w gruncie rzeczy budujących jedynie tło do wątku współczesnego) oraz bodajże dwóch dziejących się zaraz po wojnie, pomiędzy 1945 a latami dziesiątymi naszego wieku w kronikach Dracha zieje czarna dziura. Te czasy są wzmiankowane jedynie z konieczności, dla zapełnienia luk genealogicznych, takie tam gdy Mahalaleel miał sześćdziesiąt pięć lat, urodził mu się syn Jered. A po urodzeniu się Jereda żył osiemset trzydzieści lat i miał synów i córki. Gdy Mahalaleel miał ogółem osiemset dziewięćdziesiąt pięć lat, umarł. Nawet bohaterowie, którzy obie te perspektywy spinają, nie mają z tego okresu żadnych wspomnień. Żadne istotne wydarzenia się w tym czasie w ich życiu nie wydarzyły. Wszystko, do czego się odwołują, co ich ukształtowało, wydarzyło się najpóźniej w trakcie wojny albo zaraz po.

To wszystko nie ma żadnego znaczenia, komentuje co chwila losy bohaterów wszechwidzący i wszechwiedny Drach, ale właśnie wtedy kłamie. Bo jeśli to nie ma żadnego znaczenia, to dlaczego o jednych zdarzeniach nam (Twardochowi) opowiada, a o innych nie? Dlaczego robi taką przerwę w narracji?

Bo to nie jest przerwa. Tam nie ma ciągłości. Wątek Nikodema jest kontrapunktem, a nie kontynuacją historii Josefa. I właśnie wymowa tego kontrapunktu jest dla mnie małym zgrzytem. Obie opowieści są w wielu punktach paralelne — obaj bohaterowie są słabi, obaj popełniają błędy, obaj tracą rodziny. Jednak są opisywani w kompletnie odmienny sposób. Miłosna przygoda Josefa jest przedstawiona w sposób niemalże poetycki, romans Nikodema to po prostu ordynarne ruchanie. W jednym przypadku mamy do czynienia z sentymentalną patyną, w drugim z opisem spod którego jawnie wyziera nuta pogardy. Josef jest bohaterem tragicznym, naznaczonym przez Historię, współczujemy mu. Nikodem to dupek, który wszystko w życiu ma podane na tacy a jednak i tak spierdoli wszystko co ma. Ja czuję w tym tęsknotę za Historią w roli demiurga, która może niekoniecznie czyni z ludzi herosów, ale przynajmniej kształtuje ich, zmusza do deklaracji, do mówienia tak albo nie, do obierania stron, do jak kochania to na zabój, tęsknotę za wojną (ewentualnie inną rozpierduchą) jako stanem wyższej konieczności w którym dokonuje się rafinacja charakterów, podział na szuje, bohaterów, tchórzy. Wtedy działy się takie historie — pisał Marcin Świetlicki — teraz już nie. Wtedy istnieli mężczyźni i kobiety. Teraz nie wiadomo co istnieje. U Twardocha w momencie, kiedy Ślązaków przestają mleć żarna Historii, również osobiste historie przestają się dziać, albo zamieniają się w żałosną telenowelę na serio.

Nieładnie mi pachną takie sentymenty, wyczuwam woń tęsknoty za musztrą i nutę iperytu.

Ale mimo tych zastrzeżeń, to jednak dobra powieść, w moje upodobania trafiająca dodatkowo wyeksponowaniem znaczenia Wielkiej Wojny, nieobecnej praktycznie w historii osobistej Polaków, a będącej pokoleniowym doświadczeniem na Śląsku. Do podnoszonego w wielu recenzjach efektu obcości językowej związanego z użyciem śląskiej godki i niemieckiego się nie ustosunkuję, bo ani jedno ani drugie nijakiej obcości u mnie nie wywołuje.

Definitywnie, z książek mijającego roku Drach jest w absolutnej czołówce listy must read. Warto go przeczytać, choćby po to, żeby na przykład wyczytać w nim coś kompletnie innego niż wyczytałem ja. A da się na pewno.

1 komentarze:

halibutt pisze...

Więc jednak przeczytam, dzięki za zachętę :)
Pozdr.