23.12.2014

kill the zebras!

Jak donoszą fejsbukonauci, w Olsztynie policjanci drogówki wystąpili z wnioskiem, aby zlikwidować przejścia dla pieszych z wyjątkiem tych z sygnalizacją świetlną. Podniósł się oczywiście wielki hurrdurr, że to kolejny pomysł na eksterminację pieszych w ofierze św. Przepustowości.

Tymczasem, wbrew pozorom, jest to krok w kompletnie przeciwnym kierunku.

Skąd to wiem? Otóż od dziewięciu lat mieszkam w mieście, w którym został on już dawno temu zrealizowany.

Tak. W Berlinie nie ma "zebr" (nie dam głowy, że nie istnieją jakieś wyjątki, chyba nawet z raz taki spotkałem, ale to był jednak wyjątek, skoro zwróciłem uwagę). Są przejścia z sygnalizacją świetlną, ale takich zwykłych po prostu nie ma. To jest teren zabudowany, to jest miasto. Pieszy może pojawić się na ulicy wszędzie (podejrzewam, że jest jakiś przepis zakazujący przechodzenia w odległości x metrów od najbliższych świateł). I kierowca ma się wszędzie tego pieszego spodziewać! Ma jeździć ostrożnie, bo jest w mieście a nie na autostradzie.

Oczywiście, przy samych skrzyżowaniach i w wielu innych punktach są miejsca z obniżonym krawężnikiem ułatwiające przechodzenie przez ulicę. Ale to są tylko udogodnienia dla pieszych, nie znaki dla kierowców. One nie są nijak oznaczone znakami poziomymi ani pionowymi. A trudno przecież oczekiwać, by kierowca jadąc obserwował krawężnik (zwłaszcza, że boczny pas bywa zastawiony parkującymi samochodami). I nikt tego nie oczekuje. On po prostu ma jechać ostrożnie i tyle. A jeżeli jakaś ulica jest naprawdę niebezpieczna albo trudna do przejścia, to stawia się tam sygnalizację świetlną.

Takie rozwiązanie nie jest zamachem na pieszych, dokładnie przeciwnie. Wymusza na kierowcach świadomość, że znajdują się na terenie współdzielonym z innymi, słabszymi użytkownikami drogi. Zabiera im te wszystkie żałosne wymówki typu "przecież tam nie było pasów" albo "staruszka o kulach znienacka wtargnęła mi na drogę".

Jedyną zauważoną przeze mnie wadą tej zasady jest problem z zaparkowanymi samochodami. Na pasach parkować nie można. Kiedy pasów nie ma, to zaparkowane samochody stoją czasami aż do samej krawędzi skrzyżowania. Kilka razy musiałem się nieźle nagimnastykować, żeby się pomiędzy nimi przecisnąć prowadząc z tych czy innych powodów rower, a z wózkiem dziecięcym albo w ogóle na wózku, to może być spory problem. Aczkolwiek podejrzewam, że to można jakoś rozsądnie załatwić przepisami (np. zakazując parkowania w pewnej odległości od skrzyżowania i w miejscach z celowo obniżonym krawężnikiem — one w ogóle są jeszcze zaznaczane karbowanymi kafelkami dla niewidomych, przy parkowaniu nie da się tego nie zauważyć).

Likwidacja zebr nie jest krokiem przeciwko pieszym. Jest czytelnym sygnałem, że miasto jest właśnie dla ludzi, a nie dla samochodów.

Skrzyżowanie w ciągu Ku-Dammu, jednej z głównych ulic miasta — bez ani jednej zebry. Wyraźnie widoczne przejścia dla pieszych bez znaków poziomych

5 komentarze:

roody102 pisze...

Co do zasady masz rację. Co do Olsztyna - nie. Pomysł policji nie polega na tym, by dopuścić przechodzenie wszędzie. Polega dokładnie na tym, na co wygląda: na likwidacji przejść bez świateł w ciągu dróg krajowych. Czyli na ograniczeniu ruchu pieszych, a nie na jego dopuszczeniu. Inna sprawa, że nie chodzi o ulice lokalne, tylko o przelotowe.

PAK pisze...

A nie ma zakazu stawania na skrzyżowaniu?
Tak pytam, bo moi krewni chcieli kiedyś zakazu parkowania przed ich domem, gdyż bardzo ogranicza on widoczność (i rzeczywiście, doszło tam do paru wypadków z tego powodu). Dostali odpowiedź, że zakazu tam się nie postawi, gdyż i tak wynika on z przepisów ogólnych -- mają dom przy skrzyżowaniu i w odległości X metrów (bodaj X=15) nie wolno tam parkować.

miasto-masa-maszyna pisze...

Zakaz parkowania przy skrzyżowaniu pewnie jest, ale egzekwowany tak sobie.

roody102 pisze...

Jak robiłem PR, to 10 metrów od skrzyżowania / przejścia nie wolno było parkować. Oczywiście często jest to martwy przepis. Pamiętam też historię pana, który stanął na płatnym, wymalowanym miejscu, które było bliżej niż 10 metrów i dostał mandat. Więc czasami przeginają w drugą stronę ;)

miasto-masa-maszyna pisze...

Co do Olsztyna, to oczywiście zdaję sobie sprawę, że to nie takie proste. W Polsce trzeba przede wszystkim zacząć od zniesienia tego debilnego pojęcia "wtargnięcia na jezdnię" kiedy mówimy o obszarze zabudowanym.

To był dla mnie raczej pretekst, żeby pokazać, że rozwiązanie "nie ma zebr" nie jest czymś z kosmosu wziętym ale całkiem dobrze funkcjonuje w trzyipółmilionowej metropolii. I żeby znów napisać na blogu coś o Berlinie ;-)