22.08.2014

Nikisz

Ołowiany piątek, ziemia niczyja pomiędzy Nikiszem a Janowem, strefa wojny memetycznej między Ruchem i GieKSą. Sklep typu deli-alko-24. Przed sklepem kilku zasuszonych lokalsów kurzy cygarety. W środku dziewczę tak na oko z dekadę młodsze ode mnie. Kupuję colę i jakieś gumy. Zegar wybija 8,17 PLN. daję dychę.

Bierze i na mnie patrzy. Ja na nią. Ona na mnie. Kto pierwszy mrugnie. Impas.

— Może mam jakieś drobne to pani dam — mówię.

Patrzy na mnie takim wzrokiem jak na przygłupiego psa, który po dwóch latach tresury wreszcie zakumał komendę "siad" i głosem z gatunku "satysfakcja z pogardą fifty-fifty shaken not stirred" cedzi:

— No. Chyba należałoby, nie?

Wychodzę. Zaczyna padać. Wiaduktem toczą się puste węglarki.


1 komentarze:

Czoper pisze...

Jakie to śląskie, domowe. Można zatęsknić.