28.07.2014

życzenia

trzydziesty pierwszy grudnia, Sylwester. szynobus z Lichtenbergu prawie pusty, w sumie w tej części tylko ja, Dres i Dziadek. Dres jak to dres — rozbiegane oczka, elektryczny nieco, kindlem się nie zajmie, szuka do  kogo by tu japę otworzyć. Dziadek mało komunikatywny. udaje, że tylko po niemiecku mówi, w co oczywiście nikt nie wierzy, bo żulikowaty i z letka zawiany — gdzie by tam niemiecki żul jechał do Polski i to jeszcze w Sylwestra?

Dres wreszcie poniechał, wyciąga z torby ciężką amunicję w postaci półliterka niemieckiej wódki i atakuje w mój kwadrant. z kimy nici, no trudno, pacierza i wódki nie odmawiam. za zapojkę dziękuję, postoję — z miejsca szacun na dzielni. siedzimy więc i gadamy o pierdołach, muzyce, choć on to raczej Manieczki, a ja — wiadomo. na szczęście ciepłe alko prostuje ścieżki semiozy. w Kostrzynie dosiada się więcej ludzi, można rozmowę pchnąć na teren neutralnej dupy Maryni.

— te, a pacz tą czarną. aaale ryjem napierdala z samego rańca. pewnie tak od wczoraj. białe jadła, mówię ci. normalnie wczoraj żarła białe i cały czas tak napierdala.
— hehe, no. białe jadła. lol. no.

Dziadek dał się w końcu skusić na parę łyków berbeluchy i przy okazji przypomina sobie polską mowę. no to wypytujemy go trochę co on za jeden (tzn. głównie Dres wypytuje):

— a gdzie ty w tym Berlinie mieszkasz.
— a tu i tam…
— a babę jaką masz?
— tak, do niej jadę.
— a jakąś inną rodzinę.
— córka. w Berlinie. ale nie chce mnie znać.
— ho ho ho, staaary, to ja coś widzę, że cię ta baba na zbity ryj dzisiaj z domu wypierdoli. ho ho ho, to ty będziesz tym samym pociągiem jeszcze dzisiaj do Berlina wracał. ho ho ho!
— ano, tak będzie — odrzekł Dziadek i jakoś nagle wszystkim się markotnie zrobiło a słabe grudniowe słońce na takie dictum zaszło za chmurę.

na szczęście to było już Drezdenko, więc pożyczyliśmy sobie wszystkiego, najlepszego, w nowym, i szampańskiego i w ogóle. i tyle było.

dwa tygodnie temu jadę tą samą trasą. na przesiadce w Kostrzynie trochę zamieszania, bo z bajkiem jadę a podróżny bez ważnego biletu zobowiązany jest na przód składu a jak tu na przód jak przedział rowerowy w tyle. więc czasu trochę minęło zanim się z tym wszystkim ogarnąłem i spokojnie zasiadłem w rowerowym. naprzeciwko mnie ona — Monika jakaś albo inna Edyta. włos ciemny, na kruczo zrobiony. szpony długie i jaskrawe. makijaż dość nachalny. ciuch z wielkim różowym logo. dwójka dzieci — dziewczynka w wózku i chłopiec tak na oko 4-6 lat.

wtem, z kibla nadchodzi on… Dziadek!

jest czysty, ogolony, trzeźwy, ubrany tanio ale nie obszarpany. siada koło Moniki czy też Edyty a wnuczek wskakuje mu na kolana.

a on siedzi, gładzi małego po głowie i promienieje.

nakurwia szczęściem na cały szynobus tak, że aż musiałem nałożyć ciemne okulary.

tak więc ziomowie moi mili, jeśli macie okazję pożyczyć bliźniemu szczerze i spod serducha, to się nie krępujcie. kto wie, może akurat jemu, akurat w tym roku, akurat się spełni.

4 komentarze:

uzdzislaw pisze...

Aaa...le jak Drezdenko? Geografia mi nie pasuje; upewniłem się nawet, czy nie przedłużyli znanej mi sprzed pięciu lat linii, ale nie wygląda na to.

void pisze...

Dobra historia. Jakoś w Kostrzynie na przesiadce można spotkać barwne postacie.

Anonimowy pisze...

ładne!

miasto-masa-maszyna pisze...

@uzdzisław
No zwyczajnie. Z Lichtenbergu do Kostrzyna a tam w szynobus do Krzyża, przez Drezdenko przecież jedzie.