27.07.2014

Sasza

Tanksztela na Grünau. Akurat czas na odsap i poziomu powerade'a we krwi uzupełnienie, więc zajeżdżam. Ławka niewolna, pytam czy mogę. Mogę — kiwa, ale nyśt fersztejen, dodaje. Ja ukrainiec.

Sasza, lat na oko dwadzieścia. Okrągła poczciwa twarz. Traktorzysta po szkole, z derewni pod Żytomierzem. Dorobić na trzy tygodnie przyjechał, na strojku. Papa już trzynaście lat w Berlinie strojku robi. A brat w straży granicznej, pod Donieckiem.

— Dzwonił wczoraj, mówił że tam prawdziwa wojna, nie tak jak w telewizorni pokazują.
— Kurwa, miałem nadzieję, że nie będzie wojny w Europie za mojego życia.
— Ale jest.
— No. Jest.

Pociągamy w milczeniu chesterfieldy i tequillę. Bo i co tu mówić? Tu leniwa berlińska niedziela, żar się leje z nieba, Niemcy na tankszteli myją pleasure cary i jednoślady, a tam — война. I to nie taka jak w TV pokazują…

— A ten samolot z Kaczyńskim, co wam Putin…
— Nie, nie. to my sami.
— Jak sami?
— No zwyczajnie, sami. Taki rozpiździel mamy, że nie trzeba nam Putina ani ruskich.
— Aha. hmm. Ale i tak Putin chuj.
— Да, хуйло.

0 komentarze: