30.12.2014

Szczepan Twardoch — Drach

* * * * *
Zacznijmy może od tego, czym Drach nie jest. Nie jest na pewno śląską epopeją i raczej zawiodą się ci, którzy czegoś takiego będą oczekiwać. W tej powieści Śląsk jest tłem, tłem konkretnym, wyrazistym, ale nie wchodzącym w rolę głównego tematu. I bardzo dobrze. Na początku deklaracje autora, że to jest o historii, która mogłaby się wydarzyć gdziekolwiek indziej i gdziekolwiek indziej się wydarzała, ale on wybrał akurat tę, bo akurat stamtąd jest, traktowałem jako podpuchę albo krygowanie się. Ale nie. To prawda. Przekonała mnie o tym jedna ze scen, która mogłaby się wydarzyć na podwórku mojego dziadka, a może nawet się wydarzyła, w zupełnie innym miejscu, w tym samym czasie, tylko trochę później. Wtedy działy się takie historie.

Jest Drach fenomenalnie napisaną sagą rodzinną z historią w tle (w dodatku historią opowiedzianą z innego niż polsko-podręcznikowy punkt widzenia). Z hipnotyczną narracją, prowadzoną z perspektywy wszechwiedzącego, pozaczasowego chtonicznego bóstwa, personifikacji ziemi samej (ale nie śląskiej ziemi, tylko w ogóle). Ciągłe przeskoki czasowe, repetycje, zderzanie ze sobą zdarzeń odległych w czasie ale nie przestrzeni (albo na odwrót) — to wszystko wymaga skupienia czytelnika z jednej strony, ale z drugiej nadaje tej historii, niebędącej przecież thrillerem, dynamizmu. Ale też zamienia monolog Dracha w rodzaj uniwersalnej przypowieści o ludzkim losie. Co samo w sobie jest już środkiem dosyć kozackim, bo stawiającym pisarza w roli mówiącego jak jest.

Twardoch do takiej formy wypowiedzi ma słabość już od jakiegoś czasu. Pozaczasowego narratora mieliśmy już w Wiecznym Grunwaldzie, chwilami odzywał(a) się w Morfinie. Jednak dopiero w Drachu doprowadził tą metodę do ściany, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Bo sięgając po tak mocny środek wyrazu, równocześnie bierze większą odpowiedzialność za słowa narratora. A Drach kłamie.

W co najmniej kilku recenzjach spotkałem się ze stwierdzeniem, że powieść przedstawia dzieje śląskiego rodu rozpięte w latach 1910-2014. Tak, rozpięte. To prawie prawda. W rzeczywistości jednak rdzeń akcji rozgrywa się w latach 1910-1945. Do tego mamy współczesną klamrę rozgrywającą się w 2014. Pomijając kilka pobocznych epizodów sięgających wojen husyckich, czy lat 90-tych XX wieku (w gruncie rzeczy budujących jedynie tło do wątku współczesnego) oraz bodajże dwóch dziejących się zaraz po wojnie, pomiędzy 1945 a latami dziesiątymi naszego wieku w kronikach Dracha zieje czarna dziura. Te czasy są wzmiankowane jedynie z konieczności, dla zapełnienia luk genealogicznych, takie tam gdy Mahalaleel miał sześćdziesiąt pięć lat, urodził mu się syn Jered. A po urodzeniu się Jereda żył osiemset trzydzieści lat i miał synów i córki. Gdy Mahalaleel miał ogółem osiemset dziewięćdziesiąt pięć lat, umarł. Nawet bohaterowie, którzy obie te perspektywy spinają, nie mają z tego okresu żadnych wspomnień. Żadne istotne wydarzenia się w tym czasie w ich życiu nie wydarzyły. Wszystko, do czego się odwołują, co ich ukształtowało, wydarzyło się najpóźniej w trakcie wojny albo zaraz po.

To wszystko nie ma żadnego znaczenia, komentuje co chwila losy bohaterów wszechwidzący i wszechwiedny Drach, ale właśnie wtedy kłamie. Bo jeśli to nie ma żadnego znaczenia, to dlaczego o jednych zdarzeniach nam (Twardochowi) opowiada, a o innych nie? Dlaczego robi taką przerwę w narracji?

Bo to nie jest przerwa. Tam nie ma ciągłości. Wątek Nikodema jest kontrapunktem, a nie kontynuacją historii Josefa. I właśnie wymowa tego kontrapunktu jest dla mnie małym zgrzytem. Obie opowieści są w wielu punktach paralelne — obaj bohaterowie są słabi, obaj popełniają błędy, obaj tracą rodziny. Jednak są opisywani w kompletnie odmienny sposób. Miłosna przygoda Josefa jest przedstawiona w sposób niemalże poetycki, romans Nikodema to po prostu ordynarne ruchanie. W jednym przypadku mamy do czynienia z sentymentalną patyną, w drugim z opisem spod którego jawnie wyziera nuta pogardy. Josef jest bohaterem tragicznym, naznaczonym przez Historię, współczujemy mu. Nikodem to dupek, który wszystko w życiu ma podane na tacy a jednak i tak spierdoli wszystko co ma. Ja czuję w tym tęsknotę za Historią w roli demiurga, która może niekoniecznie czyni z ludzi herosów, ale przynajmniej kształtuje ich, zmusza do deklaracji, do mówienia tak albo nie, do obierania stron, do jak kochania to na zabój, tęsknotę za wojną (ewentualnie inną rozpierduchą) jako stanem wyższej konieczności w którym dokonuje się rafinacja charakterów, podział na szuje, bohaterów, tchórzy. Wtedy działy się takie historie — pisał Marcin Świetlicki — teraz już nie. Wtedy istnieli mężczyźni i kobiety. Teraz nie wiadomo co istnieje. U Twardocha w momencie, kiedy Ślązaków przestają mleć żarna Historii, również osobiste historie przestają się dziać, albo zamieniają się w żałosną telenowelę na serio.

Nieładnie mi pachną takie sentymenty, wyczuwam woń tęsknoty za musztrą i nutę iperytu.

Ale mimo tych zastrzeżeń, to jednak dobra powieść, w moje upodobania trafiająca dodatkowo wyeksponowaniem znaczenia Wielkiej Wojny, nieobecnej praktycznie w historii osobistej Polaków, a będącej pokoleniowym doświadczeniem na Śląsku. Do podnoszonego w wielu recenzjach efektu obcości językowej związanego z użyciem śląskiej godki i niemieckiego się nie ustosunkuję, bo ani jedno ani drugie nijakiej obcości u mnie nie wywołuje.

Definitywnie, z książek mijającego roku Drach jest w absolutnej czołówce listy must read. Warto go przeczytać, choćby po to, żeby na przykład wyczytać w nim coś kompletnie innego niż wyczytałem ja. A da się na pewno.

25.12.2014

Beata Chomątowska — Lachert i Szanajca. Architekci awangardy

*
Ciekawe postacie, ale strasznie słaba biografia. Autorka, zamiast skupić się na faktach (czyżby było ich za mało? może wobec tego trzeba było napisać książkę o całej grupie Praesens?), często bawi się w jakieś pseudopsychoanalityczne dociekania ich pobudek i dywagacje nad charakterem swoich bohaterów. Jest to szczególnie irytujące, kiedy napisane w ten sposób rozdziały poświęca postaciom drugoplanowym (żonom, kolegom), czasami pisząc je wręcz tak, że do połowy rozdziału nie wiadomo o kim w zasadzie jest teraz mowa. Do tego absolutnie żenujące próby rekonstruowania (czytaj: wymyślania) możliwych dialogów czy konkretnych sytuacji z ich życia, które wyszły po prostu nieudolnie i sztucznie.

Całość sprawia wrażenie książki napisanej "na żywioł", bez precyzyjnego planu i konstrukcji (i odrobiny autokrytycyzmu, który umożliwiłby wycięcie sporej ilości zupełnie zbędnych a rozmywających meritum pobocznych szczegółów), za to przez autorkę z przerostem literackich ambicji nad umiejętnościami.

Zdecydowanie, Lachert i Szanajca zasługują na lepszego biografa.

Generalnie trochę selberschuld, bo w recenzjach ostrzegali, ale i tak się skusiłem.

23.12.2014

kill the zebras!

Jak donoszą fejsbukonauci, w Olsztynie policjanci drogówki wystąpili z wnioskiem, aby zlikwidować przejścia dla pieszych z wyjątkiem tych z sygnalizacją świetlną. Podniósł się oczywiście wielki hurrdurr, że to kolejny pomysł na eksterminację pieszych w ofierze św. Przepustowości.

Tymczasem, wbrew pozorom, jest to krok w kompletnie przeciwnym kierunku.

Skąd to wiem? Otóż od dziewięciu lat mieszkam w mieście, w którym został on już dawno temu zrealizowany.

Tak. W Berlinie nie ma "zebr" (nie dam głowy, że nie istnieją jakieś wyjątki, chyba nawet z raz taki spotkałem, ale to był jednak wyjątek, skoro zwróciłem uwagę). Są przejścia z sygnalizacją świetlną, ale takich zwykłych po prostu nie ma. To jest teren zabudowany, to jest miasto. Pieszy może pojawić się na ulicy wszędzie (podejrzewam, że jest jakiś przepis zakazujący przechodzenia w odległości x metrów od najbliższych świateł). I kierowca ma się wszędzie tego pieszego spodziewać! Ma jeździć ostrożnie, bo jest w mieście a nie na autostradzie.

Oczywiście, przy samych skrzyżowaniach i w wielu innych punktach są miejsca z obniżonym krawężnikiem ułatwiające przechodzenie przez ulicę. Ale to są tylko udogodnienia dla pieszych, nie znaki dla kierowców. One nie są nijak oznaczone znakami poziomymi ani pionowymi. A trudno przecież oczekiwać, by kierowca jadąc obserwował krawężnik (zwłaszcza, że boczny pas bywa zastawiony parkującymi samochodami). I nikt tego nie oczekuje. On po prostu ma jechać ostrożnie i tyle. A jeżeli jakaś ulica jest naprawdę niebezpieczna albo trudna do przejścia, to stawia się tam sygnalizację świetlną.

Takie rozwiązanie nie jest zamachem na pieszych, dokładnie przeciwnie. Wymusza na kierowcach świadomość, że znajdują się na terenie współdzielonym z innymi, słabszymi użytkownikami drogi. Zabiera im te wszystkie żałosne wymówki typu "przecież tam nie było pasów" albo "staruszka o kulach znienacka wtargnęła mi na drogę".

Jedyną zauważoną przeze mnie wadą tej zasady jest problem z zaparkowanymi samochodami. Na pasach parkować nie można. Kiedy pasów nie ma, to zaparkowane samochody stoją czasami aż do samej krawędzi skrzyżowania. Kilka razy musiałem się nieźle nagimnastykować, żeby się pomiędzy nimi przecisnąć prowadząc z tych czy innych powodów rower, a z wózkiem dziecięcym albo w ogóle na wózku, to może być spory problem. Aczkolwiek podejrzewam, że to można jakoś rozsądnie załatwić przepisami (np. zakazując parkowania w pewnej odległości od skrzyżowania i w miejscach z celowo obniżonym krawężnikiem — one w ogóle są jeszcze zaznaczane karbowanymi kafelkami dla niewidomych, przy parkowaniu nie da się tego nie zauważyć).

Likwidacja zebr nie jest krokiem przeciwko pieszym. Jest czytelnym sygnałem, że miasto jest właśnie dla ludzi, a nie dla samochodów.

Skrzyżowanie w ciągu Ku-Dammu, jednej z głównych ulic miasta — bez ani jednej zebry. Wyraźnie widoczne przejścia dla pieszych bez znaków poziomych

05.12.2014

r.i.p. Wawel

W kraju kolejowym hajlajtem sezonu jest premiera Pendolino. Tymczasem w jej cieniu nadchodzi niemniej historyczne, ale o wiele smutniejsze kolejowe wydarzenie.

Niemal dokładnie za tydzień w swój ostatni kurs wyruszy IC Wawel relacji Berlin-Wrocław (niegdyś Berlin-Kraków). Dziesięć lat po wejściu Polski do Unii Europejskiej i na dwa lata przed pełnieniem funkcji Europejskiej Stolicy Kultury stolica Śląska odcina się od najbliższej (historycznie i kulturowo) wielkiej metropolii.

A jeszcze niedawno wydawało się, że będzie dokładnie odwrotnie. Po oddaniu wielkiego portu lotniczego Berlin-Brandenburg International Deutsche Bahn miała pociągami dowozić na nie pasażerów także ze Szczecina, Poznania i Wrocławia. Jak wyszło z lotniskiem — niestety wiadomo.

Winy są po obu stronach. Dla DB kierunek wschodni jest, był i będzie peryferialny i nigdy tego nie ukrywali. PKP ze swojej strony zrobiła wiele, łącznie z remontem linii kolejowych a nawet zaproponowaniem Niemcom pożyczki (sic!) na wyremontowanie torów i położenie trakcji elektrycznej po ich stronie Odry. Ale nie dopilnowała do końca. Bo to jednak dla Dolnego Śląska to połączenie było ważniejsze niż dla Berlina. To PKP powinno stanąć na rzęsach, aby ten pociąg nie został zlikwidowany. Skrócenie trasy do Wrocławia w sumie miało sens — choć bywam w Krakowie, to jednak od 2010 wybieram samolot. Lotów z Berlina do Wrocławia raczej nigdy nie będzie, to za krótka trasa. Autobusy są niewygodne, niebezpieczne, mało pojemne i wolne (czas zyskany na większej prędkości na autostradzie — walor i tak do pominięcia po zmodernizowaniu linii — autobus traci przez godzinę przebijając się z obrzeży Berlina do jego centrum, o tym ile czasami jedzie się z Bielan do centrum Wro, szkoda pisać). Regularne połączenie kolejowe to coś więcej niż tylko środek transportu określonej ilości ludzi z punktu A do punktu B, to symboliczna pępowina, którą w obie strony podróżują ludzie i idee.

Studiowałem i mieszkałem we Wrocławiu. Nawet jeśli do Berlina przyjechałem z Krakowa, to jednak z symbolicznym przystankiem we Wro. Stamtąd pochodzi też moja ex-małżonka. Tam mam najwięcej znajomych i przyjaciół. Tam (na Dolny Śląsk i w Góry Stołowe) jeździliśmy spędzać wakacje. A i z moich berlińskich polskich znajomych większość ma coś wspólnego z tym miastem. Bez odrobiny przesady mogę powiedzieć, że prawie dekada mojej bytności tu upłynęła mniej lub bardziej w cieniu tej linii kolejowej i tego pociągu.

Kończy się epoka. I to w chwili, kiedy wydawało się, że autostradocentryczny rząd PO wreszcie zaczyna dostrzegać ważność także transportu szynowego. I to jeszcze w momencie, kiedy zapowiada się, że znów będę częściej bywał we Wrocławiu, zaniedbywanym ostatnio na rzecz Poznania…

PS Tu można podpisać petycję przeciwko likwidacji połączenia, a tu poprzeć protest na Facebooku.

PS2 Dość symboliczne jest zamknięcie tego połączenia praktycznie dokładnie w momencie, kiedy Wrocław za sprawą Pendolino zyskuje lepsze połączenie z Warszawą. Być może to jest właśnie moment definitywnego przyłączenia Breslau do Polski.

21.11.2014

Włodzimierz Borodziej, Marciej Górny — Nasza Wojna

* * * * *

Wielka Wojna w polskiej pamięci zbiorowej praktycznie nie istnieje. Wiemy, że była, że Legiony i niepodległość. I może jeszcze, że Verdun, gaz i okopy. I C.K. Dezerterzy. Ale niewiele ponadto. Tymczasem przecież drugi ważny front tej wojny przetoczył się przez ziemie polskie, przez niektóre ich zakątki nawet kilkukrotnie. Przecież w tej wojnie za Cara i obu Kajzerów walczyli nasi pradziadowie. Albo przynajmniej doświadczali jej skutków. Nie było tu wojny pozycyjnej i gnicia w okopach na taką skalę jak na zachodzie, ale był i gaz i okupacje i wielkie bitwy oraz liczone w setkach tysięcy ofiary.

Borodziej i Górny przywracają tę wojnę — naszą(!) wojnę — pamięci. Ze swadą (mnóstwo wzbogacających obraz epoki ciekawostek, narracja momentami wręcz gawędziarska) piszą nie tylko o zmaganiach zbrojnych, ale i sytuacji na zapleczu frontu, gospodarczych, społecznych i kulturowych skutkach tej europejskiej katastrofy właśnie tu, na naszych ziemiach i w naszych miastach, w Mitteleuropie. Zaczynają — bardzo słusznie — nie od roku 1914, ale od 1912 i dwóch wojen bałkańskich, perspektywą obejmując cały front wschodni od Turcji, przez Bałkany aż po państwa nadbałtyckie. W tym pierwszym tomie bardzo starają się oddać nastrój chwili, unikając perspektywy teleologiczej, patrzenia przez pryzmat ładu powojennego (wówczas jeszcze kompletnie niewyobrażalnego) i następnej wojny światowej, choć nie powstrzymują się (i słusznie) przed pokusą skomentowania i wyprowadzenia pewnych zależności pomiędzy niemieckim doświadczeniem na froncie wschodnim w latach 14-18 a tym co działo się 25 lat później.

Od samego początku pracy nad tą książką jedno było dla nas jasne: nie chcemy wydłużać bibliotecznych półek; Nasza wojna ma „się czytać” — piszą w posłowiu. I czyta się, i to jak!

Z niecierpliwością czekam na drugi tom.

19.11.2014

upiór w operze


Ten post byłby anonsem wstawienia nowego linka do blogrolki, gdyby nie to, że jakiś czas temu, na fali chwilowego obumierania tego bloga, blogrolkę wziąłem i skasowałem. Więc nie będzie linka tam, ale będzie reklama. Najszczersza, jaka może być, bo autorka jest osobą, z którą dzielę wiele muzycznych upodobań, kilkanaście świetnych koncertów i trudne do policzenia nieprzespane noce spędzone przy winie i świetnych nagraniach.

Zapewne znacie ją z Ruchu Muzycznego, radiowej Dwójki i paru innych miejsc. A jeśli nie znacie, to macie szansę to fatalne niedopatrzenie nadrobić. Pisze i mówi to co myśli, bezkompromisowo, często wbrew aktualnym modom i koniunkturom. Za to ze szczerością podpartą kompetencją, której ja sam jej szczerze zazdroszczę. Rozmijamy się w opiniach rzadko i te momenty niech zostaną między nami, ale kiedy znów się spotykamy, to zaprawdę powiadam wam, jest moc!

Więc z osobistej sympatii, zawodowego podziwu, a trochę też w ramach rekompensaty, że sam pisanie o muzyce w duże mierze zarzuciłem…

Panie i Panowie — przedstawiam wam bloga Doroty Kozińskiej: Upiór w operze.

Kibicuję temu projektowi od początku i opiekuję się jego stroną techniczną, ale odczekałem z reklamą aż będzie już co poczytać. No i już jest… Zapraszam więc do lektury, komentowania, a sam też trzymam kciuki za dalsze teksty, pozytywny ferment i kompetentne pisanie o dobrej muzyce.

Powodzenia, Dorota!

09.11.2014

Karol Modzelewski — Barbarzyńska Europa

* * * * *
Książka absolutnie rewelacyjna, choć trudna w lekturze nawet dla kogoś, kto tak jak ja interesuje się co nieco historią. Bo "Barbarzyńska Europa" nie jest ani podręcznikiem ani nawet książką popularyzatorską (wbrew, zresztą, twierdzeniom samego autora). To jest pozycja naukowa sensu stricto. Modzelewski syntetyzuje, zestawia żródła, porównuje je, wysnuwa na ich podstawach teorie i je argumentuje, równoczesnie dyskutując z teoriami swoich kolegów po fachu. I to do nich właściwie się zwraca, dlatego próżno tu szukać wyjaśnień fachowych pojęć czy metodologii. Podchodząc do lektury z pozycji laika trzeba się liczyć z koniecznością pokonania tego wysokiego "kosztu wejścia" na własną rękę a nie raz mimo starań i tak przyjdzie się od pewnych zagadnień odbić. Ale warto nie dać się zniechęcić, zwłaszcza, że lektura robi się ciekawsza z rozdziału na rozdział (może to także efekt stopniowego wchodzenia w temat).

Nie było łatwo. Ciężko jest to czytać porcjami większymi niż po kilka stron na raz — zbyt wielka kondensacja meritum. Potrzebowałem ponad roku, ale było warto. W kategorii "poszerzanie wiedzy" jest to z pewnością najlepsza przeczytana przeze mnie książka od kilku lat.

12.10.2014

#‎takasytuacja‬

Sobota, coś koło południa. Sąsiadka zaczyna grać na pianinie BWV 147. Nie w smak ci, bo miałeś ciężką noc i słyszysz tupot białych mew. Ale nie umiesz być na nią zły, bo sam ćwiczyłeś latami w bloku i wiesz jak to jest. Generalnie zen. Nie złośćmy się na muzyków, i tak mają pod górę.

Wychodzisz więc na balkon zaczerpnąć świeżego powietrza i… zaczynasz jej do tego gwizdać cantus firmus. Sąsiadka się peszy i przestaje grać.

Berlin:-)

23.09.2014

Bartosz T. Wieliński — Żli Niemcy

* *

Kolejna książka w manierze "sprzedajmy to samo jeszcze raz". Bowiem cała jej treść to niezmienione ani na jotę, zebrane reportaże, które ukazały się w "Ale Historia" — dodatku Gazety Wyborczej, której Wieliński jest specjalistą od spraw niemieckich. Uważny czytelnik GW nie znajdzie tu nic nowego.

Jak sugeruje sam tytuł, przekorna trawestacja popkulturowego toposu "dobrego Niemca", autor odmalowuje portrety Niemców z ciemnej strony mocy. Ale nie zbrodniarzy z pierwszych stron gazet. Raczej postaci drugoplanowych, nie (albo nie wprost) kojarzących się z wojną i ludobójstwem. Mamy tu naukowców, którzy zbłądzili, przestępców wojennych, którzy po wojnie uchodzili za wzorowych obywateli, ludzi żyjących w szarej strefie, gdzieś w zawieszeniu pomiędzy prawem, moralnoścą a brutalną polityką, wojną, terroryzmem i grą wywiadów. I którzy w większości uniknęli osądzenia albo skazania.

Reportaże poprawne warsztatowo, ale jednak bez polotu. W większości przypadków brak im jakiejś wyraźnej, błyskotliwej pointy. Dobre jako część coponiedziałkowej prasówki, ale zebrane w książce wypadają raczej blado. Oczywiście na moją opinię wpływa fakt, że co do jednego czytałem je już w gazecie, ale dobra literatura (nawet faktu) powinna jednak wytrzymywać próbę drugiego podejścia.

14.09.2014

Ziemowit Szczerek - Był sobie Polak, Rusek i Niemiec, czyli historie z Europy B

* * * * *

Sam miód. 100% Szczerka w Szczerku. Pyszne anegdoty, soczysty język, fraza zamaszysta. Boki zrywać można i normalnie chce się akapitem za akapitem z ziomami dzielić na fejsie. Czyta się chyba nawet lepiej niż "Mordor". Po części dlatego, że to zbiór felietonów raczej nie pisanych jako jedna spójna książka, tylko tak sobie — to tu, to tam. Przez to jest różnorodniej, barwniej a pointy jeżą się jeszcze gęściej (choć trudno to sobie wyobrazić).

Tyle, że jak wspomniałem — nie jest jest to materiał premierowy (wbrew temu, co piszą w zajawce BookRage) a zbiór felietonów już wcześniej publikowanych, w znakomitej większości dostępnych zresztą za free w sieci. Z 27 rozdziałów raptem trzech, może czterech nie czytałem wcześniej (hmmm… chyba jestem psychofanem…). Ale i tak warto było sobie przypomnieć, no i mieć je cuzamen do kupy w jednym ebooku.

Allex Bellos - Futebol. Brazylijski styl życia

* * * *

Pozycja obowiązkowa dla każdego fana piłki kopanej, który chce się dowiedzieć czegokolwiek o kraju, o którym wiemy z reguły tyle, że na każdym mundialu ma pozycję domyślnego faworyta. Ale skąd to się bierze?

Nie nieee, ta książka bynajmniej nie odpowiada na to pytanie. Po jej przeczytaniu raczej ma się ochotę zapytać: Ale jak to możliwe?

Bellos w dość przyzwoitym reportażowym stylu prowadzi tematycznie przez różne aspekty brazylijskiej piłki — handel piłkarzami, uwarunkowania historyczno-socjologiczne, związki z religią i polityką, kultura kibolska, meandry lokalnego systemu ligowego czy egzotycznych lokalnych form futbolu i rozgrywek. I o ile przed przeczytaniem tej książki o brazylijskim futbolu nie wiedziałem w zasadzie nic i wydawał mi się przez to egzotyczny, o tyle po jej przeczytaniu… wydaje mi się już kompletnie nie do pojęcia.

Łukasz Najder - Transmisje

* * *

Na dłuższą metę maniera Najdera trochę mnie męczy pretensjonalnością, tym bardziej paradoksalnie lektura zebranych cuzamen do kupy i wyselekcjonowanych najlepszych notek weszła mi bardziej, niż codzienne wpisy na FB, które często pomijam. W ogóle mam wrażenie, że taka skondensowana i namacalna (ebook to ebook, nie wyłączy go Cukieras ani utrata zasięgu netu) forma robi im lepiej niż przemijalność walla na fejsie. Styl Łukasza zdecydowanie bardziej nadaje się do książkowego, a nie netowego (a już zwłaszcza fejsbukowego) tempa lektury.

Bardzo dobrze wchodzi w podróży

13.09.2014

Pink Pipes

W wielu turystycznych relacjach z Berlina spotykam zdziwienie różowymi rurami przebiegającymi na wspornikach przez centrum miasta. I z różnymi ich interpretacjami, czasami tak zabawnymi jak np. instalacja artystyczna. Czas wyjaśnić tą tajemnicę.

Zacznijmy od tego, że Berlin leży w zasadzie na pojezierzu. Może nie aż tak efektownym, jak Mazury, ale jednak sporą część miasta zajmują rozmaite cieki wodne i jeziora. Wody jest wkoło w bród. Z tego wynikają dwa podstawowe problemy.

Pierwszy z nich jest pewnie doskonale znany większości turystów — jest to berliński grzyb. W tym mieście grzyb wychodzi wszędzie, gdzie jest choć trochę mniej przewiewnie niż na czubku Fernsehturm. Nawet w czystych mieszczańskich domach możecie się natknąć na zalążki grzyba pod prysznicem, nie wspominając o hotelach czy np. toaletach na lotniskach. Śmiem wręcz twierdzić, że prawdziwym berlinerem jest ten, kto już po prostu się z tym faktem pogodził i owszem — grzyba zwalcza dla zasady, ale wie, że jest to syzyfowa robota.

Drugi, mniej oczywisty, to to, że praktycznie wszędzie, jeśli wykopiesz w ziemi dołek głębszy niż fundament pod przystankową wiatę, na dnie będzie się zbierać woda. Po prostu wody gruntowe są tu wyjątkowo płytko. A ponieważ buduje się wciąż sporo, w tym takie rzeczy jak nowa linia U-Bahnu w samym centrum miasta, to tę wodę trzeba wypompowywać. I do tego własnie służą te intrygujące różowe rury.

Na zdjęciach poniżej — niezwykle gustowna różowa instalacja odprowadzająca wodę z okolicznej budowy do sadzawek ogrodowych poczdamskiego pałacu Sanssouci.




12.09.2014

Reaktywacja

Jeżeli są tu jeszcze jacyś starzy czytelnicy mający ten blog w RSS, to zapewne zauważyli, że znów zaczęły się pojawiać wpisy. I będą.

Jakiś czas temu to miejsce, tak jak wiele podobnych, uległo kanibalizacji przez fejsbuka. To dość ogólna tendencja. Jednak ostatnio kilka różnych czynników skłoniło mnie do odwrotu od tej tendencji.

Owszem, wiele rzeczy które mam ochotę napisać, nadaje się tylko do publikacji w gronie znajomych i do tego FB przez pewien czas służył bardzo dobrze. To w ogóle jest całkiem fajne narzędzie do utrzymywania znajomości. Niektórych. Jednak kilka jego cech skłoniło mnie do powrotu do tej formy komunikacji. Oto one.

Po pierwsze, to co piszę na fejsbuku, dociera tylko do moich znajomych. Mam może nie faszystowską ale jednak dość restrykcyjną politykę dodawania do friendsów. Ostatnio jednak znów przybyło rzeczy, którymi chciałbym się podzielić z większym audytorium.

Jednak na moją decyzję bardziej wpłynęło co innego. Otóż model biznesowy FB zasadniczo kłóci się z ideą komunikacji ze znajomymi. Edge Rank, którego algorytmów nie znamy, decyduje co dociera do kogo. Kto zobaczy moje wpisy nie zależy ode mnie, ale od arbitralnej decyzji Cukierasa. Z doświadczenia mogę powiedzieć, że ten promuje ludzi będących social hubami — mających dużo znajomych, dużo lajkujących i zbierających dużo lajków. Rozumiem to, bo wiem na czym ten biznes polega. Tyle, że w pewnym momencie dotarło do mnie mocno, że to co tam piszę po pierwsze ginie w zalewie informacji czysto komercyjnych z różnych promowanych stron, po drugie przepada po kilku minutach w zalewie innych informacji, po trzecie — nawet jeśli dociera do moich znajomych, to tylko do tych, którzy są tymi social hubami. Pozdrawiam z tego miejsca MRW, Marcelego, Inż. Mruwnicę, Łukasza Najdera i paru innych. Lubię was, ale mam też sporo osób, które nie spędzają na FB tyle czasu i tyle aktywności co my (no bo ja też przecież) i przez to są z tego obiegu kompletnie wyłączeni. Coraz częściej odnoszę wrażenie, że to wszystko co wrzucę na FB, dociera do góra 20 osób.

To nie znaczy, że zamierzam się wyoutować z FB, bo są ulotne treści, które do komunikacji w takim gronie się jak najbardziej nadają.

Do publikowania na FB postów publicznych mam wysoce ambiwalentny stosunek. Niby są publiczne, ale tak jak wszystkie inne — giną w potoku newsfeeda i przepadają w czeluści niewyszukiwalnego archiwum w zasadzie na zawsze. No i też docierają tylko do moich friendsów, followerów, dodatkowo przefiltrowanych przez Edge Rank.

Opublikowałem ostatnio kilka notatek z podróży. Nie ukrywam — do zapisywania tych rzeczy zainspirował mnie jeden z ostatnich BookRage'ów — pomyślałem sobie, że Teklakiem, Szczerkiem czy Najderem nie zostanę, ale i tak warto je utrwalić. A co to za utrwalenie na FB, skoro po tygodniu w zasadzie nie da się ich już w ogóle odnaleźć. Więc opublikowałem je tu. I po chwili dostałem bezpośredni feedback od starych znajomych ("odświeżyłem RSS a tam takie fajne notki, super!"), których… mam przecież we friendsach na FB. Ale Cukieras zwyczajnie im tego nawet nie pokazał. Dlatego postanowiłem, że tego typu treści muszą być jednak dublowane także gdzie indziej. Tak, wiem, że tutaj również stają się własnością innego evil corp, ale póki co ten evil corp pomiędzy moją treścią a waszym RSS nie stawia żadnego Edge Ranka, który decyduje o tym, co wy chcielibyście przeczytać.

Zatem będą się tu pojawiać notatki z podróży, z przypadkowych spotkań z ludźmi i sytuacjami. Będą jakieś co fajniejsze fotorelacje z wycieczek (jak ta ostatnia z Taurona), choćby dlatego, że FB kompletnie masakruje fotki. Będą także co treściwsze recenzje z Goodreads (do których przeczytania musielibyście nie tylko friendsować się ze mną na FB ale jeszcze mieć konto tam), w który to serwis się kompletnie wkręciłem, bo od zawsze lubiłem skroblować swoje różne aktywności (vide last.fm), w tym przypadku czytelnicze.

Tak więc, reasumując, narodził się pomysł na reaktywację tego bloga. Trzyemski is back. Trzymcie kciuki :-)

Masza Gessen - Putin. Człowiek bez twarzy

* * * *

To nie jest biografia.

To jest bardzo subiektywna, pisana w dużej części w pierwszej osobie, opowieść autorki, dziennikarki z kręgów opozycyjnych, o kulisach dojścia Putina do władzy i przebudowie systemu kulawo, bo kulawo, ale demokratyzującej się Rosji w ZSRR 2.0. Jest tam trochę o nim samym, jego początkach kariery, ale z racji ogólnej niedostępności materiałów nie ma tego wiele. Dużo jest natomiast o tle społeczno-politycznym w jakim te zmiany zachodziły. O środowisku Petersburskich demokratów-liberałów, o wykorzystaniu ich i stopniowym przejęciu władzy przez struktury KGB (zamachy bombowe, Czeczenia, Kursk, Dubrowka, Biesłan, Litwinienko, Politkowska, Chodorkowski…). Gessen podpiera swoje wywody zarówno materiałami źródłowymi jak i wspomnieniami i opiniami znajomych z antyputinowskiej opozycji. Jako pozycja naukowo-historyczna w tym punkcie ta książka raczej nie wytrzymałaby krytyki, zbyt wiele tu domniemań, wyciągania wniosków z braku dowodów albo przemilczeń. Może nawet można by ją w wielu miejscach uznać za zbyt sensacyjną, gdyby nie to… że mamy właśnie 2014.

Ostatni rozdział to prawie blogowa, z dużym entuzjazmem poprowadzona relacja z Białej Rewolucji w Grudniu 2011. Bije z niej nadzieja, że rosyjskie społeczeństwo jest w stanie się przeciwstawić i zawrócić restaurację ZSRR.

Ale jest 2014 i wiemy, co było potem. A co jeszcze będzie — tego możemy i powinniśmy się bać…

11.09.2014

Tauron Nowa Muzyka i okolice


Mordor — KWK Wieczorek

Nikisz





Jak byłem bajtlem to tu było kino

Cakes da Killa

Carbon Atlantis - Muzeum Śląskie


The Field pompuje w ludzi bity za pomocą jednego klawisza

Jaga Jazzist i AUKSO

Kobieta orkiestra z AUKSO (grała na tubie, flecie i śpiewała)

Wieża KWK Katowice

Mitch, Felix & Mitch

Macio Moretti i Felix Kubin

"Polonezy" Maseckiego



Kelis

Fabryka porcelany na Giszowcu

25.08.2014

drzemka

Dwie godziny, myślę, w sam raz na drzemkę. Wagon intercity, francja elegancja, gniazdka, czysto, żyć nie umierać.

W ostatniej chwili wpada ona i już wiem, że z drzemki nici.

Gdyż ona jest czystą serdecznością, choć w podróży drugi dzień, to okazji do kontaktu z drugim człowiekiem nie odpuści. Wraca z Malty do Lwowa i, choć Ukrainka, mówi śpiewną kresową polszczyzną.

Rozmawiamy więc o pierdołach. Choć tam wojna i to nie taka jak w TV a Ukraina zaniża straty. Ale my o pierdołach, żadnego gonzo. Albowiem panna Oksana żyje w świecie, którego gonzo się nie ima. Ona stanowi uniwersum osobne, pachnące ciastem ze śliwkami w niedzielę, gromadką roześmianych płowowłosych bachorów i wykrochmalonymi firankami. Jest pulchniutka, radosna i cała stanowi obietnicę długiego, spokojnego życia pełnego rubasznego seksu i chichotów. Życia, w którym wszystkie Putiny, depresje, choroby, wojny, rozpacz i inne plagi egipskie daje się anulować za pomocą czterech słów: Chodź, nalepię ci pierogów.

Śmieje się perliście i co chwilę przeciąga, odsłaniając krągły, opalony na miodowy kolor brzuszek porośnięty blond meszkiem.

No… nie wyspałem się.

Oczywiście jako stary i durny jełop nie wziąłem nawet numeru telefonu a w Krakowie poszedłem do ukraińskiej knajpy upić się z rozpaczy horyłką piercową z miodem.

Tak było.

22.08.2014

Nikisz

Ołowiany piątek, ziemia niczyja pomiędzy Nikiszem a Janowem, strefa wojny memetycznej między Ruchem i GieKSą. Sklep typu deli-alko-24. Przed sklepem kilku zasuszonych lokalsów kurzy cygarety. W środku dziewczę tak na oko z dekadę młodsze ode mnie. Kupuję colę i jakieś gumy. Zegar wybija 8,17 PLN. daję dychę.

Bierze i na mnie patrzy. Ja na nią. Ona na mnie. Kto pierwszy mrugnie. Impas.

— Może mam jakieś drobne to pani dam — mówię.

Patrzy na mnie takim wzrokiem jak na przygłupiego psa, który po dwóch latach tresury wreszcie zakumał komendę "siad" i głosem z gatunku "satysfakcja z pogardą fifty-fifty shaken not stirred" cedzi:

— No. Chyba należałoby, nie?

Wychodzę. Zaczyna padać. Wiaduktem toczą się puste węglarki.


28.07.2014

życzenia

trzydziesty pierwszy grudnia, Sylwester. szynobus z Lichtenbergu prawie pusty, w sumie w tej części tylko ja, Dres i Dziadek. Dres jak to dres — rozbiegane oczka, elektryczny nieco, kindlem się nie zajmie, szuka do  kogo by tu japę otworzyć. Dziadek mało komunikatywny. udaje, że tylko po niemiecku mówi, w co oczywiście nikt nie wierzy, bo żulikowaty i z letka zawiany — gdzie by tam niemiecki żul jechał do Polski i to jeszcze w Sylwestra?

Dres wreszcie poniechał, wyciąga z torby ciężką amunicję w postaci półliterka niemieckiej wódki i atakuje w mój kwadrant. z kimy nici, no trudno, pacierza i wódki nie odmawiam. za zapojkę dziękuję, postoję — z miejsca szacun na dzielni. siedzimy więc i gadamy o pierdołach, muzyce, choć on to raczej Manieczki, a ja — wiadomo. na szczęście ciepłe alko prostuje ścieżki semiozy. w Kostrzynie dosiada się więcej ludzi, można rozmowę pchnąć na teren neutralnej dupy Maryni.

— te, a pacz tą czarną. aaale ryjem napierdala z samego rańca. pewnie tak od wczoraj. białe jadła, mówię ci. normalnie wczoraj żarła białe i cały czas tak napierdala.
— hehe, no. białe jadła. lol. no.

Dziadek dał się w końcu skusić na parę łyków berbeluchy i przy okazji przypomina sobie polską mowę. no to wypytujemy go trochę co on za jeden (tzn. głównie Dres wypytuje):

— a gdzie ty w tym Berlinie mieszkasz.
— a tu i tam…
— a babę jaką masz?
— tak, do niej jadę.
— a jakąś inną rodzinę.
— córka. w Berlinie. ale nie chce mnie znać.
— ho ho ho, staaary, to ja coś widzę, że cię ta baba na zbity ryj dzisiaj z domu wypierdoli. ho ho ho, to ty będziesz tym samym pociągiem jeszcze dzisiaj do Berlina wracał. ho ho ho!
— ano, tak będzie — odrzekł Dziadek i jakoś nagle wszystkim się markotnie zrobiło a słabe grudniowe słońce na takie dictum zaszło za chmurę.

na szczęście to było już Drezdenko, więc pożyczyliśmy sobie wszystkiego, najlepszego, w nowym, i szampańskiego i w ogóle. i tyle było.

dwa tygodnie temu jadę tą samą trasą. na przesiadce w Kostrzynie trochę zamieszania, bo z bajkiem jadę a podróżny bez ważnego biletu zobowiązany jest na przód składu a jak tu na przód jak przedział rowerowy w tyle. więc czasu trochę minęło zanim się z tym wszystkim ogarnąłem i spokojnie zasiadłem w rowerowym. naprzeciwko mnie ona — Monika jakaś albo inna Edyta. włos ciemny, na kruczo zrobiony. szpony długie i jaskrawe. makijaż dość nachalny. ciuch z wielkim różowym logo. dwójka dzieci — dziewczynka w wózku i chłopiec tak na oko 4-6 lat.

wtem, z kibla nadchodzi on… Dziadek!

jest czysty, ogolony, trzeźwy, ubrany tanio ale nie obszarpany. siada koło Moniki czy też Edyty a wnuczek wskakuje mu na kolana.

a on siedzi, gładzi małego po głowie i promienieje.

nakurwia szczęściem na cały szynobus tak, że aż musiałem nałożyć ciemne okulary.

tak więc ziomowie moi mili, jeśli macie okazję pożyczyć bliźniemu szczerze i spod serducha, to się nie krępujcie. kto wie, może akurat jemu, akurat w tym roku, akurat się spełni.

27.07.2014

Sasza

Tanksztela na Grünau. Akurat czas na odsap i poziomu powerade'a we krwi uzupełnienie, więc zajeżdżam. Ławka niewolna, pytam czy mogę. Mogę — kiwa, ale nyśt fersztejen, dodaje. Ja ukrainiec.

Sasza, lat na oko dwadzieścia. Okrągła poczciwa twarz. Traktorzysta po szkole, z derewni pod Żytomierzem. Dorobić na trzy tygodnie przyjechał, na strojku. Papa już trzynaście lat w Berlinie strojku robi. A brat w straży granicznej, pod Donieckiem.

— Dzwonił wczoraj, mówił że tam prawdziwa wojna, nie tak jak w telewizorni pokazują.
— Kurwa, miałem nadzieję, że nie będzie wojny w Europie za mojego życia.
— Ale jest.
— No. Jest.

Pociągamy w milczeniu chesterfieldy i tequillę. Bo i co tu mówić? Tu leniwa berlińska niedziela, żar się leje z nieba, Niemcy na tankszteli myją pleasure cary i jednoślady, a tam — война. I to nie taka jak w TV pokazują…

— A ten samolot z Kaczyńskim, co wam Putin…
— Nie, nie. to my sami.
— Jak sami?
— No zwyczajnie, sami. Taki rozpiździel mamy, że nie trzeba nam Putina ani ruskich.
— Aha. hmm. Ale i tak Putin chuj.
— Да, хуйло.

23.03.2014

wieczorne neukölln





I znów kupiłem sobie aparat. W związku z tym powracam do zarzuconego jakiś czas temu na rzecz radosnej instagramii dokumentowania okolic bliższych i dalszych.