07.10.2013

tulipyfaj vs. tulifora

Upadek przemysłu fonograficznego to obok upadku prasy papierowej jedno z najczęściej i najbardziej emocjonalnie komentowanych zjawisk kulturowych ostatnich kilku(nastu) lat. Główna teza z jakiej wychodzi większość komentatorów wygląda tak:

Kiedyś ludzie kupowali płyty, wytwórnie płytowe miały z tego pieniądze, mogły inwestować w młode zespoły i wyłapywać talenty. I spojrzał na to krytyk i widział, że to było dobre. A dzisiaj muzycy nie dostają kasy za nagrania i dlatego nie będzie już następnych Pink Floyd i The Beatles. I to jest złe. Albowiem trzeba iżby byli następni Pink Floyd i The Beatles, gdyż tako rzecze Święta Księga Muzyki Rockowej.

Do you see what I did there?

Krótko po roku 1600 w bogatej Holandii zapanowała moda na tulipany. W ciągu zaledwie 2-3 dekad ceny tych ładnych w sumie kwiatuszków poszybowały w kosmos. Ceny niektórych odmian w 1623 roku dochodziły do prawie siedmiu średnich krajowych za cebulkę a potem rosły, rosły i rosły przez jeszcze trzynaście lat. W 1636 roku w kwiat wieku wchodziło już całe pokolenie przekonane, że tulipany to świetna inwestycja, sposób na życie i w ogóle droga kariery. Bo tak było w ciągu całego ich życia a Święta Księga Przemysłu Tulipanowego w rozdziale szesnastym, werset trzydziesty siódmy mówiła: Tulipany uprawiał będziesz, gdyż synowie i córki ziemi tulipanów pożądać będą. Coraz to nowych odmian. I będą za nie płacić i płacić i płacić, albowiem taka jest natura Lucka.

I nagle, trzeciego lutego 1637 roku nastąpiło wielkie jebudu i wszyscy oni wylądowali z ręką w nocniku. Z niewiadomego powodu natura Lucka przestała cenić kwiatki tulipana (a przynajmniej nie w zylionach guldenów).

Wydarzenia historyczne i zjawiska społeczne w pewnym miejscu i czasie wytworzyły samonakręcającą się modę, która osiągnęła punkt krytyczny i po załamaniu się mechanizmu dodatniego sprzężenia zwrotnego, szybko opadła. Przegrali ci, którzy ten, chwilowy z punktu widzenia historii, trend wzięli za obiektywną wartość kwiatowych cebulek.

Za każdym razem, kiedy słyszę biadolenia, że nie będzie już następnych Pink Floyd i The Beatles, przypominam sobie tę historię. Bo może to właśnie sytuacja, w której tysiące (jeśli nie dziesiątki tysięcy) półamatorskich w gruncie rzeczy muzyków, międlących w kółko te same trzy akordy na cztery czwarte, produkujących "gatunki muzyczne" różniące się fryzurami wykonawców albo tempem, żyły sobie jak udzielne książątka, była zwyczajną aberracją a teraz po prostu wracamy do normy?

Ten stan nie trwał przecież wiele dłużej niż gorączka tulipanowa.

Co jeśli po prostu moda przeminęła, ludzkość powiedziała "sprawdzam" i okazało się, że te 21 centów za 8 tysięcy odtworzeń — może en masse właśnie tyle w hurcie ta rąbanka (pun intended) jest warta?

Czy w cenie piosenki jest coś bardziej obiektywnego, niż w cenie cebulki tulipana?

Przemysł fonograficzny (i rockowo-popowe gwiazdorstwo, które było jego lokomotywą pociągową) był efemerydą, dzieckiem swoich czasów, czyli zbiegu wielu okoliczności, od wyżu demograficznego pokolenia baby-boomersów po telewizję. Dobra muzyka powstawała przed jego narodzinami i będzie powstawała po jego śmierci. Nie zabiła jej pianola, melotron, radio, płyty, pliki ani streaming. Ale też nie urodził jej masowy przemysł fonograficzny. Nie wypisujmy mu tego na nagrobku, bo to po prostu kłamstwo. I nie płaczmy po nim jakoś przesadnie. Życie toczy się dalej.

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

Mądrze prawisz.

solar pisze...

ha!
nie mam nic wspólnego z tematem oprócz ogólnego zamiłowania do mu., ale i tak ładnie powiedziane.