03.04.2012

Wizyty w miastach w których kiedyś się mieszkało, mają w sobie coś dziwnego - nieokreśloność Twojego statusu.

Jestem tu. Wiem gdzie jestem. Nie potrzebuję pytać o drogę. Nie jestem turystą. Nie dam się naciąć taksówkarzowi, nawet wziętemu z lotniska (nie ma lepszej metody na zgaszenie głupich pomysłów marszrutowych niż "nooo, w sumie to na weekend, mieszkałem tu, starych kumpli wpadłem odwiedzić; a w tym starym forcie tu to dalej działa skład wina?"). Po tych ulicach jeździłem rowerem, tym tramwajem do pracy a tamtym do Tesco. Na podstawie kilku punktów orientacyjnych w każdej dzielnicy poradzę sobie w pięć sekund z orientacją i zewsząd wszędzie dotrę. Znam nawet kilka fajnych knajp, które wciąż jeszcze istnieją. Wiem gdzie zjeść, gdzie wypić, gdzie kupić, gdzie odpocząć.

Ale już plączą mi się nazwy ulic. Krupnicza to ta, przy której… a nie, to była Krupnicza w innym mieście.

O, ten tramwaj już nie jeździ tą trasą?

Pasaż N.? To tam się teraz chodzi na klabing? A gdzie to w ogóle jest? Nie, nie za moich czasów…

To ile teraz kosztuje bilet na tramwaj? Za bagaż się nie płaci? O pacz pan. Od kiedy? Od pięciu lat? O masz ci los.

Już nie swój. Ale przecież wciąż jednak nie turysta.

Obywatel plug-out.

3 komentarze:

roody102 pisze...

Il bagno ciągle wisi?

miasto-masa-maszyna pisze...

Kurde, nie wiem :-/

Falk pisze...

O, widzę podobny szlak bojowy :)