18.11.2011

vinyl fetish

1. Mam jakieś 4-5 lat. Słucham bajek. Głosy aktorów, podkład muzyczny. Czarny krążek się obraca. Lampa świeci miłym ciepłym światłem. Głęboki, miękki dźwięk z mocnym konturem. Uczę się, co zrobić jak płyta przeskakuje. Jak obsługiwać, żeby nie psuć. Ale też eksperymentuję z różnymi prędkościami obrotu, na zatrzymanej płycie, skreczuję…

2. Jestem nastolatkiem. Odkrywam, że ojcowski adapter ma nie tylko wyjście, ale i wejście - można go użyć jako wzmacniacza. Podłączam Kasprzaka i jest WOW. The Wall przepuszczone przez lampowy wzmacniacz brzmi kompletnie inaczej. Ale to pudełko przecież nadal ma talerz i ramię z igłą. Z rodzicielskiej płytoteki wyrosłem, ale od "turystów" ze wschodu można kupić tanie wydania klasyki rocka. To akurat to, czego właśnie wtedy słucham. Kiedy standardowym nośnikiem są kasety a co bogatsi koledzy zaczynają już męczyć rodziców o wieżę (albo chociaż boom-boxa) z CD, ja kupuję LP - Beatlesów, Led Zepów, moje pierwsze Wish You Were Here

3. Gramofon obiecuję sobie od dawna, jednak odkładam zakup na bliżej nieokreśloną przyszłość. Ale trudno wytrzymać. Przeglądam oferty na Ebayu, robię rozeznanie. Pewnego dnia pojawiają się dwa Duale, licytuję ten starszy z nich. Idzie powyżej zaplanowanego budżetu. Druga aukcja kończy się nazajutrz, nawet nie licytuję - wygląda na dużo nowszy, na pewno pójdzie dużo drożej. O dziwo, nie ma ofert. Dzwonię do kolesia. Dogadujemy się co do ceny i jest. Jest. Mój!

Żyję i pracuję w cyfrowym świecie. W świecie, w którym większość problemów technicznych rozwiązuje się mówiąc: no to dołóżmy więcej RAM-u, dorzućmy 2x tyle serwerów do klastra. W takim świecie analogowość staje się dość oczywistym fetyszem. Fakt, że krążek się kręci, igła ryje winyl na którym fizycznie w postaci wybrzuszeń rowka są zapisane fale dźwiękowe - widać gołym okiem, gdzie muzyka jest gęsta! - bebechowatość tego procesu, konieczność zmagania się z ograniczeniami materiałów, brudem, uszkodzeniami, fizycznymi zjawiskami takimi jak np. skating. Czysta, analogowa, suwakowo-logarytmiczna inżynieria. Z czasów kiedy słowo "inżynier" brzmiało romantycznie, pachniało ujarzmianiem sił natury, zawracaniem biegu rzek, wytyczaniem szlaków w nieznane…

I ta świadomość, że każde przesłuchanie płyty nieodwracalnie ją niszczy…

No i piękno maszyny. Ramię ułożyskowane w dwóch płaszczyznach. Wyważone. Pokrętła do regulacji. Wajchy. Dźwignie. Kręci się, kręci…

Hipnotyzuje…

Gramofon to jedna z najpiękniejszych maszyn stworzonych przez człowieka. Zaraz po parowozie.



Słucham Wish You Were Here z tej samej płyty, z której słyszałem to pierwszy raz, będąc gówniarzem. Igła jedzie po tym samym rowku w tym samym kawałku tworzywa. Który to już raz? Nie policzę, ale słyszę. Wtedy była nowa. Teraz trzeszczy, szumi. Ja też już trzeszczę tu i ówdzie. Trzeszczymy tak sobie razem.

9 komentarze:

sporothrix pisze...

Ładne. Obce mi duchowo :) (trzeszcząca płyta - brrr), ale ładnie napisane.

miasto-masa-maszyna pisze...

Trzeszcząca płyta nie jest moim fetyszem. Ale płyta, której sam to trzeszczenie zrobiłem ponad piętnaście lat temu, to jest już zupełnie co inneg ;-)

wo pisze...

Miałem "Wish You Were Here", które na nalepce miało symbol robocich rąk w przyjacielskim uścisku. Oczywiście, młodzież może to sobie wyguglać, ale to pięknie wyglądało wirując w czasie odtwarzania!

No i - to jedna z tych płyt, na których strona A i strona B są logicznie zaplanowane jak akty w musicalu. Potrzebują tego antraktu na odwrócenie płyty.

miasto-masa-maszyna pisze...

No bo wtedy w ogóle planowało się płyty pod taki czas odtwarzania. To tak jak w The Wall musi być przerwa po Goodbye Cruel World (BTW to mniej lub bardziej świadoma parafraza z Wesela Figara Mozarta).

miskidomleka pisze...

Z "Wesela"? Muzyczna? Nie słyszę, sprecyzujesz?

miasto-masa-maszyna pisze...

Aj, rąbłem się. Nie z Wesela przecież, tylko z Czarodziejskiego fletu. A parafraza nie muzyczna tylko tekstowa.

miskidomleka pisze...

A to wszystko jasne. Gute Nacht, du falsche Welt!

kabturek pisze...

piekny duel, mam Telefunken s600, którego uwielbiam. Ray Charles pozdrawia z głośników

miasto-masa-maszyna pisze...

Dokładnie takiego Telefunkena mieliśmy w szkole muzycznej :-)