26.10.2011

Parę(naście?) lat temu był taki film Pamiętniki Bridget Jones. W jednej ze scen pojawił się tam Salman Rushdi tylko po to, żeby skonfrontowana z nim główna bohaterka zapytała go o drogę do toalety. I wtedy to było nawet zabawne.

W Północy w Paryżu Allen wziął w obroty… kogóż to on nie wziął.

Mój Boże, ileż to ciekawych scenek z udziałem Hemingwaya i Picassa, albo Dalego, Man Raya i Bunuela, można by wymyśleć. Ile zabawnych kwestii w ich usta włożyć. Ile pikantnych sytuacji zaaranżować. A tu co? Ano nic. Olbrzymie, przepastne, wiejące sztampą na kilometr, z wielkiej litery pisane Nic.

To naprawdę smutne, jak wielu ludzi, o których można by mówić godzinami, musiał Allen wcisnąć do filmu tylko po to, żeby łopatologicznie do bólu wcisnąć widzowi pointę rodem z Coelho.

To był jeden z najsmutniejszych filmów jakie widziałem w tym roku.

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

Dla mnie może nie był to najsmutniejszy film, ale scenka z Buñuelem pozostawia niesmak ( w końcu we Wrocławiu chodziło się na pokazy filmów prowadzone przez Uklańskiego - nie tego od "Nazistów") .

Woytek

wo pisze...

Ufff! A więc nie jestem jedyną osobą na świecie, która obejrzała ten film bez przesadnego entuzjazmu. Coelho indeed.